Przejdź do głównej zawartości

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.

Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliwy i z całą pewnością bardzo mądry twórca tegoż sformułowania, nadając mu znaczenie, jakie dziś znamy, miał na myśli dosłownie pierwsze kroczki, stawiane przez małego dzieciaczka w jego niemowlęcym żywocie - niezdarne, chwiejne, małe i bardzo czujne - choć koniec końców prowadzące go do upragnionego celu (chyba, że nastąpi zawahanie i kierunek ulegnie gwałtownej zmianie bądź niespodziewanie pielucha skonfrontuje się z podłogą, ale to już zupełnie inna bajka). Z drugiej strony tenże jegomość (autor idiomu, nie niemowlak) albo sam dzieci nie posiadał albo w swojej światłości nie dostrzegł niezamierzonej jak zakładam nieprawidłowości w swoim rozumowaniu. Bo jak się nad tym głębiej zastanowić, taki maluszek wcale nie robi małych kroczków w swoich pierwszych miesiącach życia, w znaczeniu metaforycznym of kors. Można by wręcz przewrotnie powiedzieć, że to małe kroki dla ludzkości, ale ogromne dla człowieka - przełomowe, zupełnie zmieniające perspektywę, coś niesamowitego dla rodzica, który to wszystko obserwuje z boku i doszukuje się coraz większej ilości podobieństw do siebie, partnera, dziadków, babciów i, o zgrozo, często znienawidzonych ciotek i wujków. Mam rzecz jasna na myśli etapy rozwoju niemowlaka, które postaram się dzisiaj opisać. Aaa, ważna rzecz - celowo nie podaje konkretnych tygodni/miesięcy, kiedy miały miejsce poszczególne fazy i kamienie milowe, żeby uniknąć tak modnego i lubianego wśród rodziców porównywania swoich pociech (przeze mnie nazywanego pieszczotliwie sado-masochizmem, bo przecież zawsze jest ktoś lepszy, szybszy itd. i zamartwianie się tym faktem ma tyle sensu, co cały program 500+). Poza tym nie mam pamięci do dat...

FAZA I - LUDZKI ZIEMNIAK

Przyszła na świat - taka piękna, wcale nie sina i na dodatek z gęstwiną włosów na głowie - no cudo po prostu. I taka grzeczna, nawet nie płacze tak dużo jak inne dzieciaki na poporodówce. Można tak na nią patrzeć godzinami - no i właściwie tyle można. Zero kontaktu, zero uśmiechu, no taki ludzki ziemniak, z którym ani nie pogadasz, ani nie pożartujesz. No chyba że do integracji zaliczymy zmienianie pieluch i mycie... I choć, jak stwierdziła moja przyszła Teściowa z tydzień po porodzie: "Ona tak mądrze patrzy, ma taki przenikliwy wzrok", jakkolwiek mocno byście nie chcieli w to wierzyć, drodzy Rodzice i Dziadkowie - to niestety czysta imaginacja. Brutalna prawda jest taka, że dziecko na początku prawie w ogóle nie widzi, a na pewno nie rozpoznaje twarzy, także zamiast patrzeć na nie, strojąc głupie miny i czekając na reakcję, można śmiało dać się zastąpić balonowi z helem albo kartonowemu pudełku - efekt będzie dokładnie ten sam, czyli żaden.

FAZA II - WATCHMAN

Po polsku Obserwator (didaskalia dla osób niezaznajomionych z meandrami języka angielskiego oraz nie posiadających słownika/Google Translatora). Kiedy otaczające bobasa niewyraźne plamy zaczną zlewać się w konkretne kształty, świat staje się ciekawszy. Rozglądanie trwa w najlepsze (czasem miałem wrażenie, że ta mała główka urwie się z jeszcze mniejszej szyjki) i dziecko przypomina trochę takiego pieska z rozbujanym karkiem, którego nie wiedzieć po co, stawiało się kiedyś w samochodach. Maluszek zauważa osoby, które się nad nim pochylają, wodzi wzrokiem za twarzami i choć uśmiechem raczej tych pierwszych grymasów nie można nazwać, reaguje na znane facjaty. A to duża rzecz i ogromna satysfakcja. Choć i tak o wiele bardziej interesujące niż Starzy są chociażby palące się pod sufitem lampy (ta fascynacja jeszcze naszej Córeczce nie minęła - jak tak dalej pójdzie zostanie latarnikiem albo elektrykiem - to więcej niż pewne). Wiąże się to wszystko oczywiście z koniecznością częstszego noszenia szkraba na rękach, bo z tej perspektywy wszystko lepiej widać, ale czego się nie robi z miłości. No i jeszcze jedna fajna rzecz - słuch też się poprawia, także maluszek nie tylko poznaje głosy najbliższych i szuka ich wzrokiem, ale też żywo reaguje na muzykę i coś już można powiedzieć o gustach dziecka w tym zakresie - Ninuszka po Starym na bank będzie na rapie, co pozwala mi płynnie przejść do...

FAZA III - RAPER-NEUROTYK

Ruchy dziecka stają się coraz bardziej intensywne i początkowo zaniepokojeni rodzice zastanawiają się, czy to nie jakaś Pląsawica czy inny Taniec Św. Wita. Ale nie - to dziecko uczy się tańczyć! No dobra, trochę się rozpędziłem - uczy się poruszać, co z pewnością w perspektywie czasu zaprowadzi ją również na dyskotekowy parkiet - Baby Steps, Baby Steps... Ruchy głowy i całego tułowia są gwałtowne, szybkie i zaskakujące (uwaga przy noszeniu na rękach level hard) - jakby bobas tańczył elektro - tylko koordynacji brak. Do tego z biegiem czasu dochodzą ręce, którymi maluszek wymachuje na wszystkie strony, jak raperzy w amerykańskich klipach (w sumie bardziej polskich - na zachodzie mają już za dużo złotych sygnetów na palcach, żeby być w stanie jeszcze chmajtać łapami) i przy okazji tłucze wszystkich (rodzice nie są wyjątkiem), którzy nieostrożnie znajdą się w obszarze zasięgu małych piąstek, jak Mike Tyson w czasach świetności. 

FAZA III - KRÓLEWNA ŚMIESZKA

Uśmiech dziecka jest wspaniały. To fakt i nie da się z nim dyskutować. Mieć świadomość tego, że to małe stworzenie z premedytacją uśmiecha się właśnie do Ciebie, bo Cię poznaje, zna Twoje rysy twarzy, kojarzy Cię tylko i wyłącznie dobrze i to pozytywne nastawienie wyraża swoim jedynym, niepowtarzalnym, bezzębnym uśmiechem numer trzy - bezcenne. A kiedy zauważasz, że to nie tylko reakcja na Twój głos, pokazanie jakiegoś fajnego obrazka w książeczce czy puszczenie muzyczki, ale uśmiech za Twój uśmiech, tak po prostu - z początku bezgłośny, a z biegiem czasu dźwięczny i szczery - no nie ma niczego piękniejszego. 

FAZA IV - FILOZOF-GAWĘDZIARZ 

Jej wywodów i peanów na tematy różne mogę słuchać w nieskończoność. Czasem monolog potrafi trwać dobrych kilka minut, czasem muszę podtrzymywać rozmowę, dopytując: "Tak? Naprawdę? Ojej, a co się jeszcze stało w Dzieciakowie? No opowiadaj, opowiadaj...". No i leci ciąg zupełnie niezrozumiałych zgłosek, wyrazów i sformułowań w najróżniejszych językach świata. Tak w ogóle, to moja córka już teraz jest niezłą lingwistką - a co, pochwalę się! Wychwyciliśmy już zlepki słowne w języku czeskim (btw to były pierwsze jej autorskie wyrazy, stąd nasza początkowa obawa, że podmienili nam córę na porodówce na czeskie dziecko i jeden z jej pseudonimów -  Knedliczek) - Ahoj! i wiecznie używane, nieśmiertelne: NE! (jestem prawie pewien, że znaczenie tego wyrazu jest Nince już dobrze znane...); niemieckim - Audi; angielskim - Okey; ale i nutka patriotyzmu też się pojawiła, wraz ze swojskim Hej! Dodatkowo "wyrazy" są wypowiadane z zupełnie nieprzewidywalną intonacją - raz wysoko i strasznie piskliwie, innym razem niżej i poważnie. Ton zmienia się właściwie non stop, stąd takie gaworzenie w dużej mierze przypomina przyśpiewki. No to jak nie elektryk bądź latarnik - jest jeszcze ścieżka kariery w operze dla mojej córeczki, także jestem zupełnie spokojny o jej przyszłość.

FAZA V - DOROSŁOŚĆ

Zaczyna się niewinnie - od orientacji w temacie posiadania tak zajebistego narzędzia, jakim są ręce. Można nimi łapać za łańcuszki, włosy, nosy, uszy, zabawki, psa i w ogóle wszystko. Jak się dzieciak jorgnie, że ma nogi - to już w ogóle jest faza, bo je też można spokojnie złapać w dłoń, oglądać godzinami, zastanawiać się nad ich przeznaczeniem i bawić się w ludzką kołyskę. W między czasie maluszek nauczył się już pięknie podnosić główkę, prawie sam przekręca się na boczek - ogromny progres. A co potem? Już bym chciała wstać i siedzieć (ile można leżeć?!), raczkować (aktualnie jesteśmy na tym etapie właśnie), a potem to już nauczę się chodzić i nawet się rodzice nie zorientują, kiedy znajdę sobie jakiegoś chłopa i sama pójdę w świat. I jak tu można mówić o Baby Stepsach u 4-miesięcznego bobka powiedźcie?

Kurczę, muszę się naprawdę szybko nauczyć raczkować, bo ten mały futrzak wykończy mnie z tą swoją piłeczką...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…