Przejdź do głównej zawartości

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.

Po przeczytaniu tej krótkiej charakterystyki (o ile oczywiście ktoś to w ogóle czyta), jedni pomyślą sobie, że to złote dziecko, da pospać w nocy i w ogóle raczej takie fajne i pozytywne. Drudzy z kolei - fuck, co za koszmar. Toż to przez tego bachora gość nie ma życia - tylko wieczny zapieprz i zero rozrywki - ani wyjść nigdzie się nie da, ani wyjechać, poimprezować. No klasztor z torturami w jednym. Ci pierwsi to oczywiście posiadacze potomstwa, drudzy - bezdzietni. Jak powiadali już starożytni Czesi: "punkt patrzenia zależy od punktu siedzenia". I właśnie o tym punkcie chciałem dziś napisać. I o tym, że każdy z nas w życiu zalicza kilka "przesiadek", które tenże punkt zmieniają, często o 180 stopni.

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej!". No dobra, może nie małym chłopcem, ale młodym mężczyzną, gołowąsem, kawalerem - jak zwał tak zwał - wiele starszych osób, zazwyczaj jakże pomocnych i życzliwych koleżanek z pracy, mówiło mi: "poczekaj, będziesz miał dziecko i wszystko się zmieni". Taki komentarz matrony potrafiły przypiąć do niemal każdej rozmowy, w dowolnym temacie i zawsze miały z tego powodu dziką, zupełnie dla mnie niezrozumiałą satysfakcję. Pewnie z przekory nigdy się z nimi nie zgadzałem. Kiedy z Paulą zdecydowaliśmy się na dziecko, też obiecywaliśmy sobie, że nasze życie nie ulegnie głębokiej modyfikacji (precz z GMO!) - że nadal będziemy realizować swoje pasje, dużo podróżować, aktywnie spędzać czas. "Tylko krowa nie zmienia poglądów". True, true...

Nasze podejście i założenie może jest constans, ale życie zweryfikowało jego realizację. Na przykład dajmy na to takie prozaiczne wyjście na dłuższy spacer. Pogoda śliczna, słonko świeci - dawaj raz na Górkę Szczęśliwicką! Ja z natury jestem w gorącej wodzie kąpany, więc historycznie w takich sytuacjach zaczynałem szykować się razem z Pauliną i po jakichś 10 minutach, bo tyle mi to mniej więcej zabierało, wkurzałem się na moją Ukochaną, czemuż to ona jeszcze nie gotowa, po co się maluje, skoro i tak ładnie wygląda i cokolwiek by nie założyła, będzie super, więc niech już łaskawie zamknie tę szafę (choć trzeba jej oddać, że te zabiegi zajmowały jej zawsze i tak o wiele mniej, niż statystycznej kobiecie, z tego co słyszałem z relacji kolegów). Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Przygotowania trzeba zaczynać 1,5 do 2 godzin przed planowanym wyjściem. Zatankować małą do pełna, bo inaczej narazimy się na prawdziwy gniew Ninuszki, odbić, przebrać siebie i ją, bo poszedł bełcik z przeżarcia, przewinąć, znowu nakarmić, bo już zdążyła zgłodnieć, przygotować torbę z absolutnie niezbędnym zestawem tysiąca rzeczy, bez których Maluszek nie może się obyć, złożyć wózek, przyczepić i ustawić parasolkę, położyć Bobasa, założyć czapeczkę, nakryć kocykiem i modlić się o to, żeby znowu nie zgłodniała. Oczywiście jeśli w tzw. międzyczasie pojawi się krótkie okienko wolnego czasu szczęśliwego taty, to upierd***** stół rodem w TVN, pranie z suszarki czy w połowie przygotowany obiad, który trzeba skończyć, radośnie zapełnią tę lukę. Perspektywa koszmarnych przygotowań, o które kiedyś posądzałem moją Narzeczoną, musiała zostać zredefiniowana.

Idąc dalej - spotkania towarzyskie. Nasz kalendarz w sumie od zawsze pękał w szwach - nie żebyśmy się o to jakoś szczególnie starali, tak po prostu wychodziło. Teraz jest podobnie - główna różnica jest taka, że ze względów logistycznych większość spotkań odbywa się u nas w mieszkaniu. No i do większości ostatecznie nie dochodzi. Oczywiście zawsze zdarzały się sytuacje, w których komuś w ostatniej chwili coś wypadało, ktoś inny zachorował, a jeszcze inny nie miał właściwie chęci się spotykać, więc z radością podczepiał się pod dwóch wyżej wymienionych. Teraz wachlarz możliwości jest znacznie szerszy. Dobrym przykładem jest meeting z koleżeństwem z mojej poprzedniej pracy. Znaleźć termin, który pasowałby wszystkim 6-7 osobom, nie jest łatwo. Poprzedni ustalony został przekreślony przez panującą na terenie Warszawy epidemie jakiejś podłej wirusowej choroby, która dopadła kilkoro potencjalnych partycypantów. Nic poważnego - ot katarek i delikatny ból gardła - normalnie pewnie by się tym nie przejęli i przyszli pozarażać całą resztę. No ale dziecka nie można - tak nakazuje niepisane prawo. Z kolei na kolejny termin, ustalony chyba z dwa miesiące temu, który przypadał na ostatni piątek, wypadła pierwsza w historii życia naszej Córy gorączka. Tym sposobem trzeba szukać kolejnej daty, perspektywa wyczekiwanego spotkania oddala się, a moje spojrzenie na jakiekolwiek towarzyskie plany ma teraz mocno przymrużone oko.

Jak nie plany, to może spontaniczność? Choć nigdy nie była to moja najmocniejsza strona, to i w tym aspekcie udało mi się zmienić optykę. Zdaje się dwa tygodnie temu postanowiliśmy zrobić niespodziankę mojemu tacie i przyjechać na imprezę imieninową, którą organizował. Wcześniej ustaliliśmy, że my uczcimy tę okoliczność u nas, w mniejszym gronie, a do mojego rodzinnego domu nie będziemy się wybierać ze względów logistycznych. Bo to 100 km, Mała nie przepada za jazdą samochodem, a kto choć raz jechał trasą Warszawa-Lublin ten wie, że Route 66 to to zdecydowanie nie jest, a zwłaszcza w czasie przebudowy, która trwa od jakiegoś czasu. I wiecie co? Pierwotna myśl była przerażająco słuszna. Dziecina nasza darła się w aucie całe dwie godziny w obie strony, w nagrzanym od słońca i huczącym od gwaru podkręconych alkoholem rozmów biesiadników mieszkaniu naszych rodziców lepiej nie było. Koniec końców przesiedzieliśmy popołudnie w mojej starej sypialni, zjedliśmy obiad na zmianę (jedna osoba dyżuruje przy Dziecku, druga je z prędkością, w której wrzody rosną jak grzyby po deszczu) i zamieniliśmy z rodzicami pewnie kilka zdań, bo siłą rzeczy mieli też innych gości, którymi wypadało się zająć i masę różnych obowiązków, jakie ciążą na gospodarzu. Także na spontan też już patrzę z zupełnie innej perspektywy. 

Żeby nie być posądzonym o bobo-centryczność, zmiana podejścia do różnych spraw ma o wiele szerszy zakres. Przez długi czas nie chciałem dać się namówić Paulince na psa. Rozmawialiśmy długo i namiętnie na ten temat, ale ja zawsze miałem kilka koronnych argumentów, z którymi, jak mi się wtedy wydawało, ciężko dyskutować i koniec końców wychodziło na moje. Teraz wiem, w jak ogromnym błędzie byłem. W wielkim skrócie można tę zmianę podejścia przedstawić w kilku punktach, korzystając ze sprawdzonej w reklamach szamponów do włosów i płynów do mycia naczyń metodologii "przed" vs "po":
- "psy śmierdzą" vs "nasz Tyruś pachnie kokosem",
- "psy brudzą" vs "Tyrulek po spacerze myje sobie łapki jak kotek",
- "psy trzeba wyprowadzać na spacer" vs "jak cudownie jest mieć pretekst, żeby trzy razy dziennie wyjść na dwór, zaczerpnąć świeżego powietrza i przewietrzyć głowę",
- "psy, zwłaszcza rasowe, są drogie w utrzymaniu" vs "jego miłość warta jest każdych pieniędzy",
- "psy głośno szczekają" vs... "psy głośno szczekają".
No cóż, choć podobno jedyną pewną w życiu rzeczą jest zmiana, to jak się okazuje, niektóre rzeczy pozostają niezmienne...

Do czego zmierza ta standardowo przydługa dywagacja, zapytacie? Ano do tego, że na swoim przykładzie mogę z całą pewnością stwierdzić, że wraz z zachodzącymi w życiu zmianami, modyfikacji ulega też nasze spojrzenie na niektóre rzeczy i byłem niesamowicie naiwny myśląc swojego czasu, że mnie to nie dotyczy. Bo dotyczy to wszystkich - to fakt, z którym nie da się dyskutować, jak z tym, że Ziemia jest okrągła (no chyba że ktoś wierzy w teorię o wielkim dysku, podtrzymywanym przez cztery słonie, ale pozostawię to bez dalszych komentarzy). Jaka nauka z tego płynie? Jak powiedziałby największy filozof naszych czasów - Paulo Coelho: nie oceniajcie innych za ich decyzje, dopóki sami nie wejdziecie w ich buty i nie przejdziecie w nich chociaż kilometra. To raz. Z drugiej strony, każda zmiana, choć często z pozoru trudna, zazwyczaj przynosi nam coś dobrego - nawet jeśli dostrzegamy to dopiero po jakimś czasie, kiedy nasz punkt widzenia dostosuje się do nowego punktu siedzenia. Stąd ostatnią już sentencją na dziś*, będzie cytat z innego filozofa naszych czasów - Wojtka Sokoła - krótki, aczkolwiek treściwy: "Nie bój się zmiany na lepsze!".

*Z tą ostatnią sentencją to żartowałem... "Wszystko jest kwestią odpowiedniej perspektywy" - Michaulo Coehlo

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…