Przejdź do głównej zawartości

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 

Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, z niektórymi księżmi można by rzec, że się wręcz kumplowałem. Raz nawet zdarzyło mi się pójść na pielgrzymkę. Oczywiście już w tamtych czasach w poczet aniołków ciężko było mnie zaliczyć i swoje miałem za uszami, co nie zmienia faktu, że moja wiara była mocna, zarówno w Boga, jak i w Kościół.

Myślę, że to właśnie dlatego tak strasznie boli mnie to, co od kilku dobrych lat obserwuję. Ale po kolei - historia jest taka, że po przeprowadzce do Warszawy, jako piękny i młody student miałem tyle różnych możliwości i alternatyw, jakie dawało to miasto, że jakoś tak o tym Bogu zapomniałem. Nie po drodze nam było najzwyczajniej - ja musiałem się wyszaleć, a on tylko asceza i modlitwa. Po latach, kiedy nieco się ustatkowałem i poznałem miłość mojego życia, wewnętrzny głos, który zawsze gdzieś tam był, tylko przez pewien okres czasu był skutecznie zagłuszany przez szatańskie podszeptywanie, znowu dał o sobie znać. Poczułem wewnętrzną potrzebę pójścia na mszę, duchowego przeżycia liturgii, wysłuchania mądrego kazania. No i faktycznie - przez czas jakiś chodziliśmy z Pauliną do kościoła, ksiądz okazał się może nie natchniony, ale taki bym powiedział bezproblemowy i było ok. Bez szału i i jakiegoś większego oświecenia, ale ok. 

Potem miała miejsce nasza przeprowadzka do innej dzielni, zmieniliśmy parafię i zaczęła się seria niefortunnych zdarzeń. Od małych i niewinnych, po te naprawdę zatrważające w moim mniemaniu, jeśli weźmie się pod uwagę kontekst wiary katolickiej i fakt, że sprawcami byli księża. A to np. na jednej z mszy (tzw. dziecinnej, choć właściwiej byłoby chyba dziecięcej) podczas kazania kapłan zakomunikował, żeby zabrać dzieci sprzed ołtarza, bo biegają, rozpraszają, przeszkadzają w modlitwie i on w takich warunkach nie może odprawiać nabożeństwa. WTF? To tak jakbym ja poszedł do mojego przełożonego w pracy i stwierdził, że np. telefony dzwonią za głośno, albo że klima jest źle ustawiona i ja w takich warunkach nie będę pracował. "Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie" - taaa... 

Innym razem na spacerze w parku spotkaliśmy wspomnianego wcześniej księdza (tego nienatchnionego, ale ok) przechadzającego się za rękę z jakąś niewiastą, podczas gdy obok nich biegał sobie roześmiany berbeć. Generalnie scenka jak z obrazka, wszystko git, tylko chyba jest to zabronione? Kontekst był raczej oczywisty, choć oczywiście pozory mogą mylić. Ja celibatu zdecydowanie nie popieram, ale jeśli ktoś z ambony krytykuje związki partnerskie i w konfesjonale taka osoba jak ja, żyjąca ze swoją drugą połówką bez ślubu może usłyszeć, że to życie w grzechu, to chyba znowu coś jest nie tak. W sumie temat księży z rodzinami to rzeka - czytałem statystyki, które z pewnością kłamią, ale że w każdym kłamstwie jest ziarnko prawdy, to je przytoczę: ponad 50% kapłanów żyje w związku z kobietą i większa część z nich ma potomstwo. Ja sam znałem księdza z mojej rodzinnej parafii, który miał "konkubinę", każdy o tym wiedział i raczej nic sobie z tego nie robił. Ja w sumie też bym się tym jakoś mocno nie przejął, gdyby nie fakt, że podczas spowiedzi przed ślubem mojego kumpla ten sam facet z czystym oburzeniem w głosie zrugał od stóp do głów moją Paulinkę za to, że w środku lata przyszła do kościoła w bluzce na ramiączka (ani nie wyzywającej, ani z dużym dekoltem, po prostu z bardzo krótkimi rękawami). No tak jakby sam codziennie nie oglądał, dotykał itd. innych części kobiecego ciała, poza ramionami. 

Dalej z tych drobnostek, bo do bomb dopiero przejdę. Przed wspomnianym akapit wyżej ślubem, na którym byłem świadkiem, musiałem się zarejestrować, czy jak to się tam profesjonalnie nazywa, w kancelarii parafialnej, razem ze świadkową i przyszłym małżeństwem. To był okres, kiedy zapuściłem dość pokaźnych rozmiarów brodę. Zbiegło się to w czasie z napływem pierwszej fali imigrantów, głównie muzułmańskich, do Europy. Kiedy weszliśmy do biura proboszcza, ten popatrzył na mnie krzywym wzrokiem i jedynie na podstawie mojego wyglądu (byłem też mocno opalony, świeżo po wakacyjnym wyjeździe) zaczął się dopytywać, czy ja to aby na pewno jestem wierzący (tak jakby wyznawcy innych religii wierzący nie byli) i odpytywać z modlitw. Bez komentarza - wnioski chyba każdy wyciągnie sam. 

To wszystko historia, natomiast w przeciągu ostatniego miesiąca miałem prawdziwą kumulację negatywnych zdarzeń, które ostatecznie zniechęciły mnie do Kościoła w Polsce. Pojechaliśmy niedawno zabukować datę chrztu i ślubu. Dzwonimy domofonem do kancelarii jakieś 15-20 minut przed końcem godzin pracy (musiałem wrócić z robo, wyprowadzić psa, no wcześnie się po prostu nie dało). W domofonie słychać męski, rzecz jasna, głos: - Halo. My, że przyszliśmy do kancelarii w sprawie takiej a takiej. - No ale po co dzwonicie, nie rozumiem. Ja tu jestem. Po dłuższej, mało przyjemnej wymianie zdań weszliśmy do środka, gdzie ksiądz poinstruował nas, że przecież to jest tak jak w urzędzie - godziny pracy są wypisane, trzeba wchodzić bez dzwonienia. Wyjaśnienia, że my tu jesteśmy pierwszy raz i jest domofon, także kultura nakazuje zadzwonić skwitował tylko skrzywioną miną. Przed nami "obsługiwany" był jakiś gość, a za nim stała jeszcze babuleńka - na oko pewnie z 70 lat, o kulach, ale pogodna z twarzy, budząca zaufanie i z tych sympatycznych, co w Warszawie jest raczej rzadkością. Zagadała do nas, porozmawialiśmy chwilę. Okazało się, że przyjechała do stolicy z Otwocka z jakimś kuzynem, który miał ją zabrać z powrotem, ale coś jej się stało z telefonem i nie mogła się z nim skontaktować. Wiedziała, że tu jest kościół, bo wielokrotnie brała udział w różnego rodzaju wolontariacie. Przyszła poprosić księdza o 6,50 PLN na bilet do domu. Ten nie miał drobnych. Tyle. Żadnej empatii, chęci pomocy, próby rozmienienia, zatelefonowania do kolegi, który mieszka w tym samym budynku, że o zaproponowaniu podwiezienia nie wspomnę. Staliśmy zażenowani jak tylko można być zażenowanym. Paula dała Pani 20 PLN, bo też akurat "nie mieliśmy drobnych", zaproponowała, że podwieziemy Panią chociaż do przystanku. Ta ze względu na ładną pogodą i chęć spaceru po Warszawie, gdzie bywa z rzadka, odmówiła. Zwykły, ludzki gest, na który nie potrafił się zdobyć człowiek na co dzień głoszący Dobrą Nowinę. 

Oczywiście nie udało się nam nic załatwić tego dnia, bo szanowny kapłan był już zmęczony. Wziął od nas numer telefonu i miał oddzwonić. Po wielokrotnym przypominaniu, po jakimś tygodniu z hakiem udało się nam w końcu z nim skontaktować (tylko w godzinach pracy kancelarii taka rozmowa była możliwa). Usłyszeliśmy, że za chwilę będziemy mogli pogadać, musi się tylko, cytuję: "pozbyć człowieka", który tam akurat był. Miłosierdzie pełną parą. Potem dowiedzieliśmy się, że co łaska to tysiąc złotych i postanowiliśmy udać się do innej parafii. Być może historia będzie miała ciąg dalszy, bo wczoraj, w kolejnej już kancelarii byliśmy o 16:45, przed nami jakaś para czekała od 16 (czyli od teoretycznego otwarcia) - księżulek poinformował ich, że wypadło mu coś ważnego i spóźni się pół godziny... Odpuściliśmy. Kolejne podejście jutro.

Na koniec prawdziwa truskawka na torcie, jak by to powiedział Tomek Hajto. Kilka tygodni temu, w rodzinnej parafii Pauliny miało miejsce wydarzenie, które opisywały gazety w całej Polsce, nie bez powodu z resztą. Pokrótce - młody chłopak, wracający do domu poboczem, został potrącony przez samochód i zginął. Nieco wcześniej postanowił się, zgodnie ze swoimi przekonaniami, wypisać z lekcji religii - miał ku temu pełne prawo, nie jest to (jeszcze) w naszym kraju zabronione. Kiedy rodzice przyszli do proboszcza obgadywać kwestię pochówku, ten miał w związku z powyższym pewne wątki, ale ostatecznie się zgodził. Na mszę żałobną przyszła "cała wieś i okolice", bo chłopak młody, chodził do liceum, pochodził ze znanej i szanowanej rodziny. Niestety ksiądz najwidoczniej w ostatniej chwili zmienił zdanie, wyszedł na środek i przed tym całym tłumem oświadczył, że jednak mszy za zmarłego odprawić nie może. Następnie opuścił kościół żegnany wrogimi okrzykami o treści, której przytaczać nie będę, bo to niecenzuralne. Nabożeństwo dokończył inny kapłan, który szczęśliwie był na miejscu. Konsekwencje dla księdza, po nagłośnieniu afery przez media? Pouczenie z kurii...

Po tym incydencie niezdecydowany księżulek na chwilę opuścił parafię "z powodów rodzinnych", po czym jak gdyby nigdy nic wrócił i dalej piastuje funkcję proboszcza. Byłem na mszy za babcię Pauli, którą odprawiał. Patrzyłem na niego z czystym obrzydzeniem, a kiedy podczas max 5-minutowego kazania powiedział (msza była też w intencji 18-tej rocznicy urodzin jakiegoś chłopaka - w końcu im więcej intencji, tym więcej "co łaska"), że "dorosły to taki człowiek, który ponosi pełną odpowiedzialność za swoje czyny i słowa", a dalej, w nawiązaniu do Ewangelii, że "musimy być miłosierni i wybaczać za grzechy innym" zachciało mi się wymiotować. Nie przesadzam - zapałałem do gościa czystą nienawiścią.

W tym samym kościele byłem też na Święta Wielkanocne. Na szczęście mszę odprawiał jakiś młody kleryk, świeżo po seminarium, także obeszło się bez odruchu wymiotnego. Na początku kazania nawet fajnie się go słuchało, mówił, że każdy popełnia błędy i to dobrze, bo to jest ludzka rzecz i dopóki mamy świadomość, że postępujemy źle, to dla Boga jest w porządku. Pomyślałem sobie, że może jest jeszcze nadzieja dla tej parafii i naprawdę, szczerze się ucieszyłem. Niestety, zaraz potem z ambony padły słowa krytyki w stosunku do Czarnych Marszów. Nawet nie samej aborcji, ale manifestacjom przeciwko jej zakazowi. Że to niby bez pomyślunku, nierozsądnie, że dużo tam młodych kobiet i to tylko owczy pęd, powodowany przez lewackich liderów. Tak jakby on sam z tejże ambony nie manifestował swoich poglądów i nie przekonywał do nich wiernych. A kiedy wspomniał (nie wprost oczywiście, ale jednak), że on osobiście niektóre matki dokonujące aborcji w pewnych sytuacjach nawet rozumie, to pomyślałem, że to nawet gorzej, bo sam padł ofiarą owczego pędu w Kościele, który tak żarliwie chwilę wcześniej krytykował. Hipokryzja osiągnęła zupełnie nowy level.

Pedofilia, ksiądz Rydzyk, politykowanie, niechęć do uchodźców (którym Ewangelia nakazuje pomoc) kapłan, który podczas mszy modli się za śmierć Papieża... Można by temat Kościoła wałkować jeszcze długo i namiętnie. Sam pewnie spotkałem się z wieloma innymi sytuacjami, których aktualnie nie pamiętam, a idealnie wpasowałyby się w ten tekst. Nie to jest jednak ważne. Ważne jest to, że jest mi z powodu tego wszystkiego cholernie przykro. Ludzie potrzebują wiary z różnych powodów - osiągnięcia spokoju ducha, pogodzenia się ze śmiercią, poszukiwania wybaczenia bądź wytłumaczenia niewytłumaczalnego, jak ja osobiście. Kościół został stworzony, żeby tę wiarę szerzyć: "Idźcie i głoście Ewangelię..." Czy nie tak głosi Pismo? Niestety mam wrażenie, że księża skutecznie odstraszają ludzi od instytucji Kościoła, traktują wiernych jak ciemną masę rodem ze Średniowiecza, która i tak nie nie rozumie, nie myśli samodzielnie i można jej narzucać swoją wolę. Niestety (dla nich, dla nas na szczęście) czasy się zmieniły i coraz więcej myślących ludzi widzi szerszy kontekst. Bardzo chciałbym pójść do kościoła, wyciszyć się, poczuć więź z Bogiem, przemyśleć trudne sprawy, poszukać natchnienia. Niestety przeszkadza mi gadanie księdza o polityce, czy mówiąc brzydko - zaglądanie wiernym do majtek (jakby sami nie mieli w tym temacie nic za uszami...). Dlatego pozostaje mi wiara na własnych zasadach, przemyślanych, nie narzuconych, niestety z dala od skostniałej instytucji, jaką stał się Kościół. Przykre, niechciane, wręcz wymuszone przez sytuacje - ale prawdziwe niestety. 

Aaa, zapomniałem wspomnieć o jednej ważnej rzeczy, żeby nie było. Znam jednostki w Kościele, które faktycznie robią to, co robią z powołania - Ś. P. Ksiądz Kaczkowski, Jan Paweł II, ksiądz od Szlachetnej Paczki (nazwisko mi uleciało), czy papież Franciszek. Są to jednak nieliczne wyjątki, potwierdzające regułę. Jeżeli znacie ich więcej, zapraszam do dyskusji. Chętnie poznam również Wasze doświadczenia w kontekście księży i Kościoła - temat gorący, także merytoryczna dysputa mile widziana.

Kościół przerobiony na hotel w czeskiej Pradze. Obawiam się, że nas też to wkrótce czeka...

Komentarze

  1. Ciężko się nie zgodzić z tym co napisałeś :) Sam osobiście, bądź z relacji innych, poznałem historie odnośnie działalności księży, które potrafią zjeżyć włos na głowie, ale przyjąłem taktykę taką, aby jak najmniej przykładać do tego złych emocji i absolutnie nie pozwolić aby takie czarne owce i owoce ich działań zachwiały moją wiarą i szacunkiem do instytucji kościoła. Trzeba pamiętać, że problem ten nie jest też problemem najświeższym, bo w zasadzie od początku istnienia KK zdarzały się jednostki, których działalność w większym lub mniejszym stopniu podburzyła kościół. Na szczęście po każdej takiej burzy udawało się wyjść na prostą :) Co do pozytywów, pierwszy lepszy jaki mi przychodzi do głowy, to w mojej parafii młody ksiądz, który prowadzi mszę dla studentów wprowadził zwyczaj, że po mszy staje przy drzwiach do kościoła i żegna się z jej uczestnikami poprzez uściśnięcie dłoni. Niby drobiazg, ale pozwala poczuć taką zwykłą ludzką więź w tym wszystkim, i daje poczucie, że samo przyjście do kościoła nie jest zwykłym odbębnieniem obowiązku, ale właśnie budowaniem jakiejś wspólnoty. Inny przykład to jak na ślubie ksiądz w ramach kazania puścił na cały kościół fragment jakiegoś lovesongu bodajże Moniki Brodki, czy innej gwiazdy, i na tej podstawie przemawiał do młodej pary i wszystkich wierzących :D Co do opustoszałych kościołów, zwłaszcza na zachodzie, wydaje mi się, że bardziej jest to spowodowane wielkomiejskim stylem życia zwłaszcza wśród młodych (o czym sam wspomniałeś na początku, na wsiach sytuacja ma się bardzo dobrze pod tym względem), aniżeli bezpośrednią odrazą do instytucji kościoła. Myślę, że dopóki wszyscy wiedziemy spokojne i beztroskie życie to niestety nic się nie zmieni, ale jak przyjdą gorsze czasy, to w myśl zasady "jak trwoga to do Boga" liczba wiernych drastycznie wzrośnie :) To w zasadzie tyle tak na szybko, temat można wałkować bez końca. Serdecznie pozdrawiam Ciebie, Paulinę i Waszą dziecinę :) Mieszko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mogę w sumie napisać, że nie mogę się z Tobą nie zgodzić. Choć muszę przyznać, że wydźwięk Twojego komentarza jest jednak mocno optymistyczny w porównaniu z moim. No ale to pewnie różnice charakteru i podejścia do świata. Sam się do siebie uśmiechnąłem czytając, że historycznie też nie było najlepiej, przypominając sobie klasyczny cytat: "Nobody expects the spanish inquisition" ;) Big up Man!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…