Przejdź do głównej zawartości

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?

Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.

Godzina zero wybiła dosłownie dość blisko północy, a dokładniej około pierwszej 31 grudnia. Paulinka ze stoickim spokojem oświadczyła mi, że "chyba odeszły jej wody", a ja z równie dużym spokojem przystąpiłem do przygotowań. Oczywiście byliśmy już spakowani (jak to u mnie zwykle bywa - chyba z miesiąc przed terminem), także paniki nie było. Wprawdzie byliśmy niemal pewni, że rozwiązanie nastąpi po Nowym Roku, bo i taki był planowany termin (w zależności od lekarza i jego kalkulacji - 1 bądź 3 stycznia), a poza tym podobno "pierwsze dziecko jest zawsze przechodzone", jak mówią na mieście, no ale rzeczywistość okazała się inna. 

Jakimś cudem Pauli udało się nawet nie utopić łóżka, tylko szybko przemieścić się do wanny, celem pozbycia się reszty wód. Tam zaniepokoiła nas jedna rzecz - kolor tychże był delikatnie zielonkawy. Dla niewtajemniczonych w dzieciakowe meandry - oznacza to zazwyczaj, że dziecko zrobiło pierwszą kupę, tzw. smółkę już w brzuchu mamy i powinno się w miarę szybko (w teorii do 12 godzin) z niego wydostać, bo inaczej może się zatruć swoimi własnymi fekaliami. Wizja raczej nieciekawa, zarówno dla nas, jak i dla dziecka. Natomiast jak wspominałem - kolor był jedynie odrobinę zielonkawy, także spokój został zachowany. Zrobiłem zdjęcia wód (pobieranie próbki do szpitala wydawało się nieco przesadzonym pomysłem) i z taką dokumentacją ruszyliśmy w drogę.

Około 2:30 dobiliśmy do celu. W poczekalni była zdaje się jeszcze jedna para, oczekująca na przydzielenie sali. Zaspana pielęgniarka zebrała od nas wszystkie niezbędne dane i po oględzinach fotografii potwierdziła, że z tymi wodami raczej wszystko w porządku. Jak się potem okazało, być może ze zmęczenia, a może przez fakt, że zdjęcie wód wykonałem w zielonej misce, która w sposób oczywisty mogła wpłynąć na ich kolor, nie do końca miała rację. Ale po kolei. Na ten moment wszystko było super - bez problemu znalazło się dla nas miejsce "w gospodzie". Ja się trochę obawiałem, czy nas do tego wybranego szpitala przyjmą, bo jest dość oblegany, ale mieliśmy szczęście.

Tym sposobem trafiliśmy do klimatyzowanej, przestronnej sali porodowej z wszelkimi bajerami typu: własna łazienka z prysznicem, zlew, regulowane na wszelkie możliwe sposoby łóżko, piłki, koce, poduszki i czego tylko rodząca dusza zapragnie. I to wszystko w publicznym szpitalu w ramach NFZ! Na dodatek Pani Położna była strasznie miła, otoczyła nas pełną opieką i wsparciem, a kiedy się już zadomowiliśmy - dostałem swój własny koc i poduchę wraz z informacją, że do 6:00 możemy się spokojnie przespać. Wprawdzie Paula podłączona do KTG, czyli mocno okablowana, a ja na podłodze, ale i tak super wizja po nieprzespanej nocy.

Horror zaczął się nad ranem. Jak się okazało, skład położnych się zmienił i do naszej sali wparowała Pani Dobrusia. Imię nie mogło być mniej adekwatne do jej osobowości - to tak, jakby Papież nazywał się Adolf, tylko w drugą stronę. Zamiast Dzień dobry czy chociaż bezosobowego Jak się czujemy? usłyszeliśmy: A po co tu ojciec leży? Tylko przeszkadza - niech lepiej wróci do domu i obiad ugotuje, bo to jeszcze potrwa. Taaa... Wiedząc, że jesteśmy niejako od tej "sympatycznej" Pani uzależnieni, nie skomentowałem ani tego, ani jej późniejszych przytyków. Na dopełnienie jakże empatycznego charakteru - Pani miała aparycję starej, zgorzkniałej urzędniczki, która nic nie musi, wszystko wie, a my jesteśmy tylko kolejnymi interesantami na jej zawodowej drodze, których trzeba jak najszybciej obsłużyć, żeby mieć czas na pogaduchy z koleżankami po fachu. Natomiast kropeczką nad i były czułki (tak, tak - czułki), które miała na głowie przez cały dyżur. Dopiero pod koniec zorientowałem się, że te czułki to tak naprawdę były zegary, wskazujące północ - w końcu to był Sylwester. A mi jakoś nie było do śmiechu...

Potem było już tylko gorzej. Kiedy potrzebowaliśmy wymienić prześcieradło, okazało się, że na sali nie ma już żadnego zapasowego i musimy sobie jakoś radzić. Skończyło się tak, że latałem po salowych i wręcz błagałem o najchętniej dwa świeże prześcieradła, żeby choć odrobinę zwiększyć komfort mojej Kochanej Ciężarówki, która przeżywała z pewnością jedne z trudniejszych chwil w swoim życiu. 

Oczywiście okazało się, że te zielone wody to jednak prawdopodobnie była rzeczona smółka i trzeba jak najszybciej podać oxytocynę (środek przyspieszający poród), bo było już popołudnie, czyli minęło około 12 godzin od odejścia wód, a skurczy nadal brak. Na szczęście środek zadziałał i skurcze faktycznie się pojawiły, ale wraz z nimi ból. No i zaczęła się kombinatoryka - gorący prysznic, masaże, skakanie na ogromnej, gumowej piłce, żeby skrócić męczarnie - bez większego efektu. Próbowałem odciągnąć myśli przyszłej Mamusi, czytając na głos książkę, a potem puszczając jej ulubione klipy na Youtube, śpiewając przy tym i radośnie podrygując, jak gdyby nigdy nic. Pomagało, ale tylko na chwilę.

Fajnie zadziałał gaz rozweselający. Nie wiem dokładnie, co to za cholerstwo, ale klepieee! Dostaliśmy do sali taką ogromną butlę z rurą i Paulinka początkowo niechętnie, ale z biegiem czasu coraz to częściej i częściej zaczęła z rureczki pociągać. Była uhahana, jakby zajarała skręta z najlepszego holenderskiego staffu. Niestety po pewnym czasie Pani Dobrusia oświadczyła, że już koniec tego dobrego, bo cytuję: "dziecko się naćpało" i butlę nam zabrała. 

Poprosiliśmy więc o znieczulenie. Niby fajnie, ale ma to też swoje minusy. Raz, że spowalnia akcję porodową, także spotkanie z Panią Dobrusią się jeszcze przeciągnęło. Dwa, że jedynie tylko trochę uśmierza ból, który nadal jest ogromny. A trzy - wkłuwa się je bezpośrednio do kręgosłupa, więc zawsze jest pewne ryzyko uszkodzenia rdzenia kręgowego. Dodam jeszcze, że z takim drucikiem, wystającym z pleców, trzeba potem chodzić jeszcze dzień bądź dwa. Na szczęście mieliśmy super Panią Anestezjolog, zabieg odbył się bez żadnych komplikacji no i trochę pomogło.

Niestety, godziny mijały, skurcze były coraz bardziej bolesne, ale nic konkretnego się nie działo. Przełom nastąpił około 18, kiedy to nasza ukochana Położna oświadczyła, że za godzinę kończy dyżur. Co by o niej nie mówić, znała się na rzeczy i jak mi potem Paula powiedziała, pomyślała wtedy, że jak nie urodzi teraz, to już naturalnie w ogóle nie da rady. Jaka ogromna moc i determinacja musiała się pojawić w tym drobnym, zmęczonym na maksa ciałku - po dosłownie chwili widać już było główkę. Muszę jeszcze nadmienić, że w międzyczasie Ms Dobrosława odłączyła znieczulenie, bo przeszkadza w porodzie. Nie było dyskusji. 

Kiedy już wydawało się, że jesteśmy (a właściwie Paulinka) u kresu męczarni, Położna ni stąd ni zowąd udała się do sąsiedniej sali odbierać porób u zaprzyjaźnionej rodziny. Zostaliśmy sami z coraz to bardziej wystającą główką i kompletnym brakiem wiedzy, jak fizycznie poród odebrać. Za ścianą słyszeliśmy natomiast, jak po dwóch głośnych okrzykach członkini zaprzyjaźnionej rodziny wydała dziecko na świat (to był jej trzeci poród, stąd taka sprawność działania), a nasza Dobrusia wraz ze wszystkimi zaprzyjaźnionymi śpiewa radosne Sto lat. Abstrakcja level hard.

Po kilkunastu minutach stresu i niepewności Położna z piekła rodem wróciła do naszej sali. No i wreszcie wzięła się do prawdziwej roboty. Instruowała i motywowała Paulę, oczywiście jednocześnie wrzucając jej, że źle prze i oddycha, ma niską odporność na ból i w ogóle żeby się nie mazała, bo to tylko poród i każdy to jakoś przeżył. Whatever, grunt że się udało. O 18:45 Niebo się otworzyło,  anioły zstąpiły na Ziemię i rozbrzmiały fanfary, bo oto na świat przyszła nasza już nie wirtualna, tylko jak najbardziej realna, namacalna, cała i zdrowa Córeczka. Zmęczona, ale nad wyraz spokojna i oczywiście najpiękniejsza. Wcale nie sina i obślizgła, jak to często na filmach pokazują - chwilę po narodzinach i przetarciu ze śluzu była już wzorowym, różowym bobaskiem. A dzielna Mamusia mogła wreszcie spokojnie odetchnąć i nacieszyć się swoją Pierworodną, na szczęście bez interwencji chirurgicznej, której widmo już nad nami wisiało.

A ja? No cóż, moją rolę wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Wiedziałem, że będę musiał (i chciał rzecz jasna) wspierać, trzymać za rękę, uspokajać, motywować i "obsługiwać" Moją Kochaną. Ale że przyjdzie mi oglądać wystającą z wiadomej części ciała główkę i zakrwawione łożysko leżące na podłodze oraz przecinać pępowinę, przy całym moim wstręcie do krwi i obrzydzeniu surowym mięsem... Muszę przyznać, że byłem z siebie dumny. Oczywiście nie tak bardzo jak z Paulinki i Ninuszki, ale jednak - odwaliliśmy kawał dobrej roboty! Taki Team, napędzany adrenaliną, endorfiną i koktajlem hormonów może wszystko! No Sagrada Famila po prostu.

A propos - zabawny zbieg okoliczności i właściwie głównie stąd ten tytuł. Szpital, w którym przyszła na świat nasza Malutka, jak już kiedyś wspominałem, jest pod wezwaniem Świętej Rodziny, czyli po hiszpańsku Sagrada Famila właśnie. Natomiast na moim telefonie mam ustawiony taki bajer, że na tapecie codziennie pojawia mi się inne miasto bądź zabytek - to przez podróżnicze zacięcie - albo uśmiecham się sam do siebie, przywołując wspomnienia z tego miejsca, albo już zastanawiam się, kiedy by się tam wybrać, jeśli jeszcze nas tam nie było. Tego pamiętnego dnia, 31 grudnia 2017 roku mój telefon pokazał fotografię katedry Sagrada Familia w naszej ukochanej Barcelonie. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Zmęczeni, ale szczęśliwi :)

Komentarze

  1. Współczuje takich przygód porodowych. Dobrze, że wszystko się pięknie skończyło. A właściwie zaczęło :). A Tata stanął na wysokości zadania, gratuluję! Malutka - cudowna!
    Tak w ogóle - bardzo interesujące spojrzenie na poród oczami faceta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie moderujesz komentarzy? Odważnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, generalnie jesteś pierwszą osobą, która skomentowała cokolwiek z tego, co dotychczas napisałem, także ryzyko oceniam jako niewielkie i dużej odwagi sytuacja nie wymaga ;) A tak btw dzięki za miłe i wierzę, że szczere słowo - obiecuję, że przestanę się opierdzielać (taaa, opierdzielać z dzieckiem i na pełnym etacie...) i lada moment napiszę coś nowego. No i zachęcam do dalszej lektury of course :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 
Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Mło…