Przejdź do głównej zawartości

Sado-maso.

Kiedy pomysł na ten Wpis zakiełkował w mojej głowie, jego tytuł brzmiał: "Rodzicielskie sado-maso". Potem pomyślałem jednak, że pójdę za wszechobecnym trendem opierania promocji na pierwotnych instynktach (czytaj: seksie) i zastosuję taki tani "chłyt matertingowy". Także muszę zawieźć wielbicielki Greya i fanów hard-porno - nie o tym, nie o tym. Z resztą - no bez przesady...

To o co właściwie chodzi, spytacie? Ano o trudy rodzicielstwa. I w ogóle życia w całkiem nowej rzeczywistości, w której poza nami pojawiło się dziecko. Czysta, brudna prawda o gloryfikowanym stanie ducha i umysłu, jakim jest parenting, który to nota bene sami, na własne życzenie sobie zafundowaliśmy - stąd tytuł. Zanim przejdę do rzeczy, muszę zaznaczyć, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nasze "problemy" są tak naprawdę niczym z porównaniu z wyzwaniami, jakie rzucają dzieciaki co poniektórym rodzicom. Wiem też, że absolutnie nie mam powodów do narzekań, bo i nie o narzekanie tutaj chodzi. To bardziej info do tych zapatrzonych w cukierkowe Blogi o "trudnościach", jakie niesie za sobą wybór najsłodszych ciuszków i najpiękniejszych kocyków dla naszych pociech. No z deka inaczej to wszystko wygląda.

Po pierwsze, możecie zapomnieć o planowaniu CZEGOKOLWIEK. Jest takie przysłowie: "Chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach". Ja bym to sparafrazował tak: "Chcesz sprawić, żeby dziecko płakało, opowiedz mu o swoich planach". Są urodziny/imieniny/rocznica/inna ważna okazja i chcielibyście z partnerką kochaną celebrować ten wyjątkowy dzień - zjeść coś dobrego w miłej atmosferze i otoczeniu, napić się wina (a nie, przecież ona karmi...), ubrać się ładnie i nacieszyć sobą. Stolik w wybranej pieczołowicie restauracji jest rzecz jasna zarezerwowany na daną godzinę (inni też chcą dobrze zjeść, a właściciel zarobić), także z odpowiednio dużym wyprzedzeniem zaczynacie przygotowania. Kąpanie, ubieranie, malowanie (ona, nie on, choć w dzisiejszych czasach...), a w między czasie karmienie Dzieciaczka, odbijanie, próba uśpienia. I co się dzieje? Kiedy z czasem zaczyna być już krucho, ukochana Córeczka postanawia zarzygać koszulę i marynarkę swojego tatusia, jednocześnie głośnym płaczem dając do zrozumienia, że trzeba ją przebrać i nakarmić. Mijają cenne minuty, podczas których ojciec się przebiera, a matka ogarnia dziecko. Jeśli mamy szczęście, cykl się kończy, udaje nam się wyruszyć do knajpy i dopiero tam, po zamówieniu jedzenia i picia, sytuacja się powtarza i albo jakimś cudem Małą udaje się uspokoić za pomocą wszechmocnego cyca, albo bierzemy żarcie na wynos i z romantyki taki ch**. Jeśli szczęścia brak - wszystko powtarza się znowu i znowu, rezerwację trzeba anulować i przekonać samych siebie, że pizza na dowóz w sumie nie jest taką złą opcją.

Romantyczny wieczór, zakończony tym, co tygryski (czytaj: młode pary) lubią najbardziej? Zapomnijcie. Tak bez szczegółów, bo ekshibicjonistą nie jestem - w kulminacyjnym momencie ktoś nagle zacznie Wam się bacznie przyglądać (bądź przyglądać i płakać of course) swoimi wielkimi, ciekawskimi oczętami, które choć zazwyczaj są takie słodkie, bezapelacyjnie psują nastrój.

Na co dzień wcale nie jest lepiej. Jak wiadomo, urlop tacierzyński trwa max 2 tygi, a potem do tyry i nie ma zmiłuj. Pisałem już przy innej okazji o tym, jak z każdym kolejnym dniem tygodnia wstawanie do pracy staje się coraz to trudniejsze. Wiadomo - powiedzenie "spać jak niemowlak" wymyślił na bank ktoś, kto dzieci nie miał. Wprawdzie obecnie (jeszcze maksymalnie miesiąc, bo potem zacznie się ząbkowanie) w nocy nasza Malutka naprawdę śpi jak suseł - potrafi nawet z rzadka sieknąć 8 godzin ciągiem - to jeszcze nie tak dawno tak różowo nie było. Moja Paulina żartowała, że właściwie budziła się tylko raz w nocy, z tym że na 3-4 godziny. Jadła, przestawała, Paula próbowała ją odłożyć do łóżeczka, na co budziła się z płaczem, przy okazji zapełniając pampersa, a co za tym idzie znów była głodna - i koło się zamykało.

Natomiast po powrocie z pracy, kiedy tatusiek po zazwyczaj naprawdę ciężkim dniu (korpo wysysa soki z człowieka bardziej niż niesławny Nosferatu) chciałby się choć na chwilę, no nawet na te pół godziny, położyć, najchętniej przespać albo opcjonalnie poczytać książkę - tego wała! Okazuje się, że Córeczka cały dzień wisiała na cycu i druga połówka ledwo zdążyła się umyć i zjeść śniadanie. Warto wspomnieć, że zazwyczaj po 16, czyli kiedy akurat wracam na chatę, zaczyna się koncert muzyki operowej w wykonaniu naszej Ninuszki i często trwa aż do późnego wieczora. I przy tym zacnym akompaniamencie, w tzw. międzyczasie trzeba choć trochę ogarnąć mieszkanie, zrobić zakupy, ugotować obiad na jutro i kolację na dzisiaj, wykąpać bobasa, wstawić pranie, wywiesić pranie, wstawić zmywarkę, wypakować zmywarkę, wyprowadzić psa, pobawić się z nim i nieustannie, bez chwili wytchnienia zajmować się ryczącym wniebogłosy dzieckiem. Na zmianę. Raz ja ogarniam całą resztę, a Paula karmi i przewija Ninę, raz ogarnia Paula, a ja noszę Małą i próbuję ją uspokoić. Tak żeby sobie trochę życie urozmaicić.

Arsenał do walki z kolkami, nudą i płaczem jest naprawdę potężny. Na kolkę - termoforki, Mistery B i inne woreczki z pestkami czereśni, które podgrzewa się w piekarniku i przykłada do obolałego brzuszka, żeby dać mu odrobinę wytchnienia. Do tego oczywiście nieśmiertelny Espumisan. Na nudę - książeczki, grające karuzele i maty edukacyjne, opcjonalnie wokalne popisy rodziców. Natomiast na płacz bez powodu (kiedy pieluchę, głód, kolkę i nudę już sprawdziliśmy i wykluczyliśmy) nie pomaga nic. Tylko ukochany cycuś, noszenie na rękach i duuuża doza cierpliwości. 

Wszystko powyższe dzieje się przy założeniu, że dziecko jest zdrowe. Jeśli natomiast choruje - no to już zupełnie inna bajka... Nasza Maleńka na szczęście (pukam w niemalowane drewno) na razie jakoś się opędza od wszelakich dolegliwości grypopodobnych, co najwyżej miała parę razy stan podgorączkowy. Okazało się natomiast, że ma dysplazję panewek w stawach biodrowych i przez około 3 miechy musi nosić tzw. rozpórkę, przez nas mało pieszczotliwie nazywaną rusztowaniem lub - o zgrozo - homontem (zdjęcie obrazowe na dole tekstu). Że wygodnie jej w tym nie jest, chyba nikogo nie muszę przekonywać. A jaki jest jedyny sposób, w jaki niemowlak może okazać otoczeniu swoje niezadowolenie? Tak, zgadliście - płacz. Dodatkowo nosi się ją na rękach w tym wdzianku też mało komfortowo, a o urokach przewijania, kiedy za każdym razem trzeba to ustrojstwo zdjąć, a następnie, pomimo wyraźnego sprzeciwu - założyć, nie będę się już lepiej rozpisywał - można się łatwo domyśleć, jak to mniej więcej wygląda.

Wisienką na masochistycznym torcie jest nasz ukochany piesek. Biedak nie ma lekko, bo jeszcze do niedawna był w samym centrum uwagi, a teraz siłą rzeczy musiał oddać palmę pierwszeństwa. Radzi sobie z tym naprawdę dzielnie i za to mu chwała, ale ja i tak mam wyrzuty sumienia i każdą wolną (taaa, wolną...) chwilę staram się mu poświęcać - rzucać piłeczkę, uczyć sztuczek, takie tam psie sprawy. Dodatkowo to bestia kochana, ale wredna i często niepoczciwa, a w dodatku przyplątują się do niego różne nieszczęścia. Kiedy sąsiadka przekręca klucz w drzwiach - zawsze szczeka, budząc tym samym Szkraba, który zazwyczaj dopiero co zasnął. Jak tylko nie patrzymy, wkrada się do jej pokoju i z umiłowaniem wyciąga pieluchy z kosza - że zużyte to chyba jasne, prawda? Aktualnie włosy między palcami w łapce zlepiły mu się w kołtun i trzeba będzie z nim skoczyć do psiego fryzjera, coś stało mu się w oko, więc weterynarz Piotr pewnie będzie grany, a w międzyczasie wyrwał sobie jeden z zębów podczas zabawy. I to wszystko w przeciągu dwóch tygodni. No taki mamy egzemplarz.

Wywód skończony. I jeśli jako konkluzji spodziewacie się stwierdzenia, że przez te niespełna trzy miesiące zmieniłem zdanie, Córeczka już nie jest moją pasją, a raczej utrapieniem, a w planach mam śliski kocyk i realizowanie swoich pasji - nic bardziej mylnego. Wystarczy jeden uśmiech tego Bąbelka, kiedy noszę ją na rękach podczas jej wieczornych spazmów (przypomina to trochę promyczek słońca, przezierający się spomiędzy ciemnych, burzowych chmur), a cały ból istnienia znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Życie znów ma sens i ani myślę o powrocie do tego sprzed Ninuszki. Co więcej, plany mamy ambitniejsze - jeszcze przynajmniej po jednej sztuce dziecka i psa. I to się właśnie nazywa rodzicielski sadomasochizm.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…