Przejdź do głównej zawartości

Budzikom śmierć.

Jak w tytule. Tak nam kiedyś zawodził "wspaniały bard polskiej piosenki popowej, bożyszcze i obiekt westchnień rodzimych nastolatek w wieku od lat 8 do 63, który jak wieść niesie, tego uwielbienia do płci przeciwnej nigdy nie odwzajemniał - Piasek." Cudzysłów nieprzypadkowy. Nie muszę chyba dodawać, że sam fanem tej radosnej twórczości nigdy nie byłem, ale tytuł tej piosnki pasuje tutaj jak ulał. BTW ciekawa rzecz, że zespół, w którym Pan Andrzej lata temu ten utwór wykonywał, zwał się Mafia, a z jej działalnością (poza terroryzowaniem swoją muzyką na MTV niewinnych, zbuntowanych, słuchających rocka chłopaków, ze mną włącznie) miał wspólnego tyle, co tytułowe „zabijanie czasu”.

I tym sposobem względnie płynnie przejdę do tematu dzisiejszego wywodu. Mogę się założyć o grubą kasę, że 99,9% społeczeństwa zmaga się dzień dnia z jednym z dwóch (bądź, o zgrozo, oboma na raz) porannych problemów. Mowa tu o budzeniu się i wstawaniu z łóżka. I od razu muszę dodać, że wbrew pozorom są to zupełnie dwie odrębne kwestie, choć równie przykre. A tę brakującą jedną dziesiątą procenta zostawiłem jako bufor dla grupki osobników, tzw. rannych ptaszków, którzy lubują się w pobudkach o 4:30 i np. biegają wtedy maratony czy oglądają powtórki "Mody na sukces" (serio, znałem takie indywiduum). Nie oceniam, po prostu nie rozumiem i trochę mnie to przeraża...

Jeśli chodzi o mnie, to w moim dorosłym życiu, które datuję od momentu wyprowadzki z rodzinnego domu, zawsze lubiłem "gnić" w łóżku (tak mawia moja Mama, stąd przed wyprowadzką, jak się domyślacie, takie „gnicie” było raczej na cenzurowanym). Oczywiście zamieszkanie "na swoim" (czytaj w pokoju dzielonym ze współlokatorem) wiązało się z podjęciem pracy zarobkowej, więc możliwości wyspania się były mocno ograniczone. Ale kiedy już przychodził ten długo wyczekiwany, wolny dzień, pozwalałem sobie na byczenie się "tak do 12, bo dłużej już nie", parafrazując wspomnianego już Pana Piasecznego. Natomiast kiedy tyra wzywała, problemu z budzeniem się nie miałem żadnego. Właściwie od kiedy pamiętam miałem w sobie coś na kształt wewnętrznego zegara, który nie dość, że podpowiadał mi, jaka jest obecnie godzina (z dokładnością do kilku minut, taki bajer), to jeszcze miał funkcję budzika! Serio. Wprawdzie zawsze dla pewności miałem też ustawiony alarm w telefonie, ale nigdy nie budziłem się na jego dźwięk, tylko kilka minut wcześniej. 

Gorzej było już z samym wstawaniem. Wydawało mi się, że jestem taki strasznie niewyspany i zmęczony, że postawienie dwóch stóp na podłodze, a następnie całego ciała w pionie jest wyzwaniem niczym wdrapanie się zimą na Nanda Parbat w samych Kubotach. No ale z wrodzonego poczucia obowiązku, po chwili walki z samym sobą, zawsze udawało się osiągnąć sukces. Oczywiście po drodze alarm w telefonie zaczął już wydobywać z siebie znienawidzoną melodią (nawet najlepszy, ulubiony kawałek ustawiony jako dźwięk budzika po krótkim czasie śmiało mogłem postawić w jednym rzędzie z twórczością Pana Piaska – sponsora dzisiejszego odcinka). I żeby dać sobie czas na przekonanie wewnętrznego lenia, że nie ma wyjścia i wstać z łóżka trzeba, ustawiałem 10-minutową drzemkę. Robię tak do dziś. Jakiś czas temu wyczytałem, że amerykańscy naukowcy udowodnili, iż cechą osób osiągających sukces z życiu jest brak tejże drzemki - oni ponoć wstają, jak tylko kur zapieje po raz pierwszy, i od razu rzucają się w wir życia. Próbowałem tak przez miesiąc, czy dwa - niestety nie jest mi dane zostać człowiekiem sukcesu...

Od kiedy jest z nami nasze Maleństwo (mam na myśli Córkę oczywiście), sytuacja kształtuje się zgoła inaczej. Podświadomy budzik albo się zepsuł, albo trzeba w nim wymienić baterię, tylko za cholerę nie wiem, gdzie je włożyć, a próbować po omacku nie mam zamiaru (za dużo Doktora House'a się naoglądałem). Także od jakiegoś czasu budzę się zaskoczony jak dziecko na widok pierwszego śniegu - że to już? Niemożliwe... Przecież dopiero udało mi się zasnąć... Dla pewności czasem sprawdzam jeszcze godzinę na drugim zegarku i zawsze rzeczywistość okazuje się brutalna jak Lobo. A samo wstawanie? No cóż... Poczucie obowiązku wprawdzie pozostało, być może nawet wzmocnione koniecznością opłacenia raty kredytu hipotecznego i zapewnienia godnej przyszłości mojej Latorośli, ale i tak jest mi dużo trudniej, niż kiedyś. Z każdym kolejnym dniem tygodnia mam wrażenie, że mój tyłek jest cięższy od ołowiu coraz to bardziej i bardziej, aż w piątek (kiedyś znany jako "piąteczek, piątunio") osiąga masę czarnej dziury. 

Wiem, że ludzie różnie radzą sobie z tą nierówną, poranną walką z samym sobą. Mój kolega z pracy opowiadał np., że zwykł nastawiać sobie budzik na 4 nad ranem po to tylko, żeby obudzić się ze świadomością, że ma jeszcze dwie godziny snu przed sobą. Kolejny alarm był na 5 i ostatni, ten właściwy - 6. Wyobrażacie sobie narastające uczucie niepokoju i ogarniającą panikę, wzmagającą się z każdym kolejnym dzwonkiem? Koszmar na jawie. 

Jak to mówią - potrzeba matką wynalazku - także takich do budzenia powstało całkiem sporo. Weźmy chociażby słynny amerykański patent z budzikiem, na wyłączenie którego jedynym sposobem było zniszczenie stu-dolarowego banknotu. Nie tak dawno, na ścianie starego, poprzemysłowego budynku przy ulicy Suwak na warszawskim Mordorze (przekaz do młodszego pokolenia: tak, tak - kiedyś Mordor, zwany był Służewcem i to w dodatku Przemysłowym i zamiast ućkanych na każdym skrawku ziemi biurowców, pełny był zakładów produkcyjnych, magazynów itp.) widniał baner reklamujący uciekający budzik - jak nie wstaniesz z łóżka, żeby rzucić się za nim w szaleńczą pogoń po całym mieszkaniu, ni hu hu nie przestanie dzwonić. Są też opcje skrajne - jakiś czas temu koleżanka wrzuciła na Fejsa filmik z łóżkiem, które o wybranej godzinie zaczyna skakać jakby miało atak epilepsji i delikwent, który zdecyduje się, żeby na nim spać jeśli chodzi o wstawanie jest raczej postawiony przed faktem dokonanym. Fejk, nie fejk - w dzisiejszych czasach nic nie wiadomo.

Ja natomiast mam swój własny patent na budzenie się, wstawanie, ale też "pobudkę ostateczną" (historycznie zanim nie dotarłem do pracy i nie wypiłem kawy, pierwsze dwie godziny dnia, łącznie z dojazdem autem do robo byłem w stanie swoistego letargu - na pewno to znacie). Podpowiem, o co mi chodzi. Jeśli o 7 rano czujesz na swojej klatce piersiowej silny ucisk, na twarzy lepką wydzielinę, a do uszu dochodzi coraz to głośniejsze piszczenie, to (raczej) nie zwał. Wiedz, że Twój budzik, zwany potocznie psem, nie był na spacerze już dobre 9 godzin i jeśli w przeciągu kilku najbliższych sekund nie poderwiesz się z wyra i nie zabierzesz go na dwór, będziesz musiał wykonać dodatkowe, poranne, mało przyjemne czynności, jak sprzątanie z podłogi jego kupy, czy co gorsza siku. Wystarczająca motywacja? Dla mnie zdecydowanie tak! No i jest jeszcze jeden plus - wychodząc na dwór (w Krakowie pole) w nieprzyjemny, mroźny, bądź jedynie deszczowy i wietrzny jesienno-zimowy poranek, "pobudkę ostateczną" masz jak w banku. Kiedyś musiałem z rana myć twarz lodowatą wodą, żeby w ogóle być w stanie kierować samochodem - a wystarczyło kupić psa! Proste i skuteczne. A ile jeszcze innych, wspaniałych "zastosowań" w codziennym życiu może mieć taka czworonożna, puchata kulka miłości (bez skojarzeń pls) - to już zupełnie inna historia. Także z okazji chińskiego roku psa (bez okazji też), gorąco wszystkim takowego polecam. Żanet Kaleta.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 
Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Mło…