Przejdź do głównej zawartości

When it all began...

Też nie lubicie angielskich wstawek, tak popularnych w dzisiejszym korpo-światku? Me too, ale fu** it - ten angielski tytuł Posta (Wpisu?) brzmi o niebo lepiej niż "Kiedy to wszystko się zaczęło". Za długie, za mało "fajne" i jeszcze kojarzy się z wstępem do bajek typu "Za górami, za lasami...".

A z bajką ta historia ma raczej niewiele wspólnego, bo to czysta, nieraz brudna rzeczywistość, choć może faktycznie z trochę bajkowym happy endem. Ale first things first.

Postanowiłem naturalną koleją rzeczy, w pierwszej kolejności opisać wydarzenie, które zmieniło mój światopogląd i generalnie podejście do życia w bardzo wielu jego aspektach, a przy okazji pośrednio skłoniło mnie do stworzenia tego oto bloga. Znacie to dziwne uczucie, kiedy w pewnym wieku uświadamiacie sobie, że już chyba nic nie może Was zaskoczyć, a Wasze życie jest na tyle ułożone i uporządkowane, że już raczej nie ma prawa się zmienić? No właśnie, ja też tak miałem. Wymarzona kobieta u boku, dobra praca (o ile tyrkę w korpo można określić jako dobrą), piękne mieszkanie, samochód (wprawdzie służbowy i raczej niewymarzony, ale darowanemu koniowi...), nawet pies, też fajny. Poza tym stabilna sytuacja finansowa, która pozwala na realizację szeregu zainteresowań, o których z pewnością napiszę innym razem. Ale do brzegu - czy tylko wariat mógłby z własnej, nieprzymuszonej woli zrezygnować z tej sielanki i rzucić się w wir szalonych, nieprzewidywalnych i bardzo absorbujących wydarzeń? Może tak, może nie...

Nie napiszę, że w moim życiu zaczęło wiać nudą, bo bym skłamał - to nie to. Wspomniane wyżej zainteresowania skutecznie wypełniały każdą wolną od pracy i snu chwilę. Celowo jednak używam słowa "zainteresowania", zamiast tak wyświechtanych "pasji". Dlaczego? Ano dlatego, że pasję to ma taki np. Jasiek Mela, który pomimo własnych ograniczeń zwiedza świat w wyjątkowy sposób. Pasjonatem mogę też nazwać chociażby Jurka Owsiaka, który z taką determinacją rok rocznie pomaga nieprzebranym masom ludzi, pomimo wszystkich przeciwności na swojej drodze. Pasjonatem był też z pewnością Steve Jobs, który wprawdzie przy okazji dorobił się niezłej fortuny, ale o swoich produktach zawsze mówił z niepodrabialnym błyskiem w oku, który było widać nawet przez szkła jego okularów, a dostrzegłem to nawet ja, choć fanem Jabłuszek nie jestem. Ta iskierka to jest właśnie kwintesencja pasji, a pasjonaci to ludzie, którzy tejże poświęcają całe swoje życie. Choć "poświęcenie" nie jest chyba tutaj najszczęśliwszym określeniem, gdyż "poświęcając" swój czas, zdrowie, często rodzinę (wspomnę tutaj chociażby Ś. P. Prof. Religę), są z tego powodu najszczęśliwszymi ludźmi pod Słońcem. A to wszystko dlatego, że naprawdę kochają to, co robią. Kropka. Nic innego się nie liczy.

I ja też bardzo chciałem dołączyć do tego elitarnego grona życiowych pasjonatów. Natomiast mój problem był bardzo prozaiczny - żadne z moich zainteresowań nie otarło się nawet o pasję według mojej własnej, wyżej opisanej definicji. Czy to organizacja low-costowych (wiem, wiem - znów angielska wstawka - ale któż z nas nie jest po trosze hipokrytą ja się pytam?) podróży, czy "kulinarny recycling", czy prozaiczne "muzyka-filmy-seriale", czy nawet nowo odkryty przeze mnie boks. Długo zastanawiałem się, dlaczego tak jest - próbowałem w końcu całej masy różnych rzeczy, wiele z nich jest nadal obecnych w moim życiu, ale to wciąż nie to. To tylko wypełniacze czasu, małe przyjemności, oderwanie od szarej, korporacyjnej rzeczywistości, pozwalające zachować nieco dystansu i resztki zszarganego przez korpo zdrowia psychicznego. 

Odpowiedź okazała się w gruncie rzeczy niezwykle prosta, z perspektywy czasu wręcz oczywista. Otóż rzeczona iskra w oku swoje bezpośrednio źródło ma w naszych sercach. Banał, co? Niby tak, a odkrycie też prawdy zajęło mi dobre kilka, jak nie kilkanaście lat. Oczywiście kochałem już wcześniej i kocham nadal - przede wszystkim moją cudowną narzeczoną (pozdro Paula ;)). To jest jednak partnerstwo, dzielenie życia z drugą osobą, rzecz niezwykle ważna, jednak w żadnym razie nie pasja. To zupełnie inny wymiar miłości.

Tym sposobem dochodzę do sedna sprawy, które jeszcze kilka miesięcy temu było dla mnie ślepym zaułkiem - mam miłość, mam zainteresowania, mam masę innych, "fajnych" rzeczy, a w sercu nadal czuję pustkę. Jak to? Co zrobić? Jak to zmienić? I znów banalnie prosta odpowiedź przyszła do mnie sama, kiedy na teście ciążowym - tym pierwszym, drugim i dla pewności trzecim, pojawiły się magiczne dwa paski (swoją drogą dla "dresiarzy", czy mówiąc bardziej dyplomatycznie "fanów odzieży sportowej" powinni zrobić specjalną edycję z trzema paskami). Potem jeszcze, żeby już tak na stówkę mieć pewność USG i ostateczne potwierdzenie - będziemy mieli dziecko. Tadaaaa!

Oczywiście nie od razu miłość wypełniła moje serce, mówiąc nieco patetycznie, ale co mi tam - mój blog, więc mogę. To jest proces, stopniowy, kilkumiesięczny, który jednak ostatecznie kończy się w chwili urodzin bobasa. Przynajmniej tak było u mnie - mamy przeżywają to zazwyczaj nieco inaczej, ale o tym innym razem. Wtedy właśnie, niczym w legendzie o narodzinach północnokoreańskiego Kima, nad porodówką rozpostarła się tęcza, a aniołki zadęły mocno w swoje trąby i rozległy się fanfary - oto na świat przyszedł człowiek, któremu będę mógł się bezgranicznie poświęcić i zrobię to z największą przyjemnością. Będę się nim zajmował w każdej "wolnej" chwili, wychowywał na najlepszego osobnika, jakiego tylko potrafię i obdarzał uczuciem. Tak oto moje życie stało się kompletne i na dobre zagościła w nim pasja przez duże "P" - moja ukochana córeczka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…