Przejdź do głównej zawartości

Food Recycling.

Dobra, na razie trochę się znudziłem (i Wy pewnie też) tematami ciążowo-porodowymi, więc dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. Segregujecie śmieci? No mam nadzieję... Bo ja tak i uważam to za obywatelski obowiązek każdego człowieka, który pod kopułą ma nieco więcej niż śmietnik właśnie. Oczywiście za małolata jakoś się tym mocno nie przejmowałem, ale człowiek dojrzewa i z wiekiem zaczyna dostrzegać różne rzeczy, jak chociażby przykryte symboliczną warstwą ziemi "górki" na warszawskich Bielanach, w Parku Szczęśliwickim (tak, tak - ten super fajny stok jeszcze kilkadziesiąt lat temu był stertą odpadków!) i w wielu innych miejscach, które widziałem, ale dokładnej lokalizacji w tym momencie nie pamiętam. Te wszystkie śmieci rozkładają się przez gazyliony lat, a w międzyczasie przedostają się do gleby, stamtąd do wód gruntowych, a z nich już krótka droga do naszych żołądków (w sumie potem je przetrawiamy i wydalamy, ale za taki recycling to ja osobiście podziękuję). Dlatego odpady segreguję. Choć naszego blokowego systemu selekcji  do końca nie rozumiem - mamy pojemniki na odpady mieszane, segregowane suche i szkło opakowaniowe. To ostatnie nawet kumam - w końcu przemiał butelkowanych "napojów", zwłaszcza weekendowy, jest w Polszy znaczący. Pozostałe dwie kategorie są dla mnie jednak swoistą zagadką (być może wynikają z jakiejś ustawy z początków XX wieku, która tak bardzo pasuje do dzisiejszych realiów), ale nie mi to oceniać, nie mam na to wpływu - dzielę, jak mogę.

Podobnie rzecz ma się z ciuchami. Ostatnimi czasy nieco zmniejszyłem swoją objętość, więc spora część ubrań zalegała w szafie, bo okazały się zbyt duże (czasy skejtowskiego noszenia spodni i bluz zbyt obszernych o minimum trzy rozmiary na szczęście mam już za sobą). Odwrotnie jest z ubrankami mojej Córeczki ukochanej. Ta wiadomo, jak to niemowlak (nie ma jeszcze miesiąca, więc chyba jeszcze noworodek?) rośnie parę centymetrów na miesiąc, więc ogrom ciuszków, w których nie może już wyprostować nóżek, jest powalający. Te pierwsze oddaję tacie, który jest ode mnie trochę "lepiej zbudowany" i z ogromną chęcią je przyjmuje (to ten typ, któremu nigdy nic nie potrzeba, ale jak dostanie, to się cieszy jak cholera), zwłaszcza, że ja w zwyczaju mam dbanie o swoje rzeczy, odzienie również, także są raczej w dobrym stanie. Opcjonalnie wrzucam je do kontenerów dla bezdomnych (wiem, wiem - podobno są potem sprzedawane do lumpeksów, ale nawet jeśli chociażby jeden procent z kwoty tej sprzedaży miałby iść na potrzebujących - lepsze to niż je wywalić do kosza). Natomiast ubranka Małej dzielimy na rozmiary, chowamy do worków i magazynujemy w piwnicy, gdzie czekają na, miejmy nadzieję, kolejnego naszego potomka.

A co z jedzeniem? To w moim mniemaniu sprawa o wiele istotniejsza od dwóch wyżej wymienionych. W świecie przesiąkniętym brudem i na golasa na upartego da się żyć, choć łatwe i przyjemne na pewno to nie będzie. Bez jedzenia ni chu chu. Jak sobie pomyślę o tych wszystkich dzieciakach w Kenii i innych Indiach, z brzuszkami wydętymi z głodu, jakby były w co najmniej 11-tym miesiącu ciąży, łzy same płyną mi do oczu. No taki wrażliwiec ze mnie. Z resztą nie trzeba daleko szukać - w Polsce też ogrom ubóstwa poraża i choć nie zdajemy sobie czasem z tego sprawy, siedząc w naszych ciepłych, przytulnych mieszkankach z pełnymi lodówkami - problem głodu też u nas występuję, i to wcale nie na małą skalę. Dlatego nigdy, ale to przenigdy nie wyrzucam jedzenia. Zawsze dokładnie sprawdzam termin ważności poszczególnych produktów (często wręcz maniakalnie, co kilka dni oglądając dokładnie opakowania w poszukiwaniu tych małych cyferek z datą) i te, których kres jest już bliski, lądują na najwyższej półce w lodówce, która w domyśle ma podtytuł - do rychłego przerobu. A sposobów na ich zagospodarowanie jest naprawdę sporo, trzeba tylko odrobinę ruszyć głową i pokombinować. 

Tutaj muszę nadmienić, że od kilku już lat staramy się z Narzeczoną moją nie jeść glutenu. Nie odwaliło nam tak po prostu - ona ma problemy żołądkowe, a i ja bez tego żyję z moim przewodem pokarmowym w większej symbiozie. Nie jesteśmy też bez-gluteno-talibami i np. będąc we Włoszech regularnie wcinaliśmy pizze i wszelkiej maści makarony, bo weź nie spróbuj lokalnych specjałów. Na szczęście możemy sobie na to pozwolić, bo nie mamy celiakii (to choroba, potwierdzona naukowo, nie jakaś miejska legenda, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tej materii). I choć nasze brzuszki nie były może najszczęśliwsze przez taki obrót sprawy, to nie spędziliśmy dwóch tygodni w łóżku jak nasza koleżanka z celiakią po spożyciu sosu swojej mamy z domieszką mąki żytniej. 

Ale wracając do tematu, jeśli na wspomnianej półce znalazły się np. warzywa, których miękkość wskazuje na zbliżającą się wielkimi krokami zgniliznę, nie lękajcie się - nasi bracia Węgrzy wymyślili w końcu leczo! Kroimy wszystko w kostkę, dodajemy pomidory (opcjonalnie te z puszki, dla wygodnych, jak np. ja), ryż bądź dowolną kaszę i podsmażoną kiełbaskę (najlepiej swojską, ze sprawdzonego źródła of course). Na końcu przyprawy według gustu; ja jeszcze osobiście wlewam trochę koncentratu pomidorowego (wolnego od chemii) i kroplę smaku, czyli tabasco - "truskawka na torcie" każdego sosu pomidorowego, i nie tylko. Voila - warzywa zostały oszczędzone przed zakończeniem swojego żywota na śmietniku, a my mamy pyszne i zdrowe jedzonko. 

Innym, zawsze dobrym pomysłem, są wszelkiej maści zapiekanki. Podobnie jak w przypadku leczo, można tam wrzucić różnorakie warzywa, dodać dla odmiany makaron (dla bezglutenowców kukurydziany albo ryżowy - mój osobisty faworyt) albo ziemniaki, analogicznie zalać sosem, doprawić i zapiec w piekarniku, opcjonalnie wcześniej przykrywając wszystko serem, który akurat też już trochę za długo zalega w lodówce i trzeba coś z nim zrobić. Do tego można dodać właściwie dowolne mięso - dla urozmaicenia. A kryterium w moim przypadku jest proste i dość łatwe do przewidzenia - wygrywa to, któremu najbliżej jest do ożycia i ucieczki z lodówy. 

Idziemy dalej - mięso z zupy. Dla niektórych (jak chociażby moja Paulinka) - rarytas. Dla innych, jak ja - obrzydlistwo w czystej postaci. Ale nie ma rzeczy niemożliwych i przy odrobinie fantazji z gó*** bat też da się ukręcić. Mięsiwo kroimy, zesmażamy i oto mamy wkład do domowego kebaba! Do tego warzywa według smaku, sosik (u mnie kojarzący się głównie z hot-dogami na stacjach benzynowych, owiany tajemnicą Tysiąc Wysp, czyli ni mniej, ni więcej, jak keczup wymieszany z odrobiną majonezu) i to wszystko ładujemy do tortilli. Ja jako że gotować ogólnie bardzo lubię, placek robię sam, bezglutenowy oczywiście – z mąki kukurydzianej. Dla tych, którym z kuchnią nie po drodze, pozostaje opcja kupna gotowych wrapów w pierwszym, lepszym sklepie.

Zarówno do zapieksy, jak i kebaba, można opcjonalnie dodać właściwie każde inne mięso. My jesteśmy obecnie na etapie przerabiania pieczystego z Bożego Narodzenia (dzięki Ci Panie za dużą zamrażarkę – niezbędnik każdego food-recyclera), którego mimo próśb, błagań i argumentów, że pośród całego tego żarcia nikt tego jeść nie będzie, przywieziono nam całe wiaderko (dosłownie, nie w przenośni). Generalnie okresy świąteczne są dla przerabiających jedzenie ogromnym wyzwaniem, bo pokolenie naszych matek, mocno zakorzenione w PRL-u, cały czas hołduje zasadzie „zastaw się, a postaw się”. Nie mam siły już z tym walczyć, więc przyjmuję wszystko jak leci, a potem mam zabawę pt. zrób coś z niczego.

Mógłbym o moich pomysłach na food-recycling pisać jeszcze duuużo, ale po pierwsze, jak zwykle już trochę przynudzam, a po drugie – nie chcę Wam odbierać przyjemności z samodzielnej, kulinarnej kombinatoryki, która mi osobiście sprawia ogromną frajdę. A że jeszcze mam poczucie, że robię coś generalnie dobrego – satysfakcja jest podwójna. Jak ktoś ma jakieś innowacyjne sposoby na przerób żarcia, chętnie poczytam o nich w komentarzach.

No dobra, dodam jeszcze tylko dwa „dania” z bieżącego weekendu – na sobotnią kolację sałatka ziemniaczana (bo za dużo kartofelków się do obiadu ugotowało) z dogorywającą wędliną, serem pleśniowym, jajkiem i sosem jogurtowym, a na deser - smoothie z umierającego jarmużu, czarnawych bananów, kiwi i pomarańczy.

Jeśli ktoś nie lubi / nie chce mu się / nie potrafi gotować, zawsze można oddać jedzenie do zyskujących coraz większą popularność organizacji, które zajmują się jego dystrybucją wśród bezdomnych (mam cichą nadzieję, że nie takich, którzy mają po dwa samochody i oddają je pewnemu toruńskiemu księdzu). Chwała im za takie pomysły! A do Was krótki apel – pod żadnym pozorem nie wyrzucajcie jedzenia, proszę. Planujcie zakupy na kolejny tydzień, a jeśli coś pójdzie nie po Waszej myśli – przerabiajcie albo oddawajcie. Są ludzie, którzy za te „resztki z pańskiego stołu” oddali by naprawdę wiele, gdyby oczywiście mieli cokolwiek do oddania...

A na zachętę, na koniec fotka dzisiejszej kolacji – warzywka z poprzednich zakupów, pieczyste mięso delikatnie podsmażone na patelni, tortilla z kukurydzy własnej roboty i sos Tysiąc Wysp - mniami!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…