Przejdź do głównej zawartości

9 months to Big Bang, part 2.

O czym to ja miałem? Ach tak, ciąża. Czas przygotowań. Dużo niewiadomych. I to nie tylko z cyklu  tych filozoficznych: Jak to będzie? Jak my sobie poradzimy? Jak zmieni się nasze życie? I czy sen faktycznie może być przereklamowany? Pojawiają się też bardziej przyziemne zapytania typu: A jaki szpital wybrać? Czy płacić haracz położnej? A może wynająć pokój dla świeżo upieczonego tatusia, bo taka opcja, jak się okazało, w niektórych szpitalach też jest?

Jak to w życiu, odpowiedzi na nurtujące nas pytania szukamy w przeróżnych miejscach – jako finansista rzekłbym dywersyfikacja ryzyka. No ale że w poszukiwaniu tychże miejsc często trafiamy jak kulą w płot, nieco zmienia postać rzeczy. Bo np. takie Internety – kopalnia wiedzy, mogłoby się wydawać. Może i tak, ale tam sytuacja wygląda trochę jak z tym słynnym gazem łupkowym, skoro już o kopalniach mowa. Pewnie i te odpowiedzi gdzieś tam są, ale żeby je znaleźć trzeba przekopać się przez naprawdę grubą warstwę mułu. I niestety, w przeciwieństwie do rzeczonego gazu – nigdy do końca nie będziemy wiedzieli, czy trafiliśmy na coś naprawdę cennego. Z resztą to nie żadne odkrycie – trochę podobnie działa, nazwijmy to, auto-diagnostyka internetowa. Boli Cię głowa i masz wysypkę na prawej dłoni? W Necie dowiesz się, że to w najlepszym wypadku rak czy coś podobnego kalibru. Prędzej można zejść na zawał niż wynieść z takiej diagnozy cośkolwiek pożytecznego. Szkoda czasu. I nerwów.

Szukamy dalej. To może specjalistyczna literatura? Albo po prostu porada fachowca, lekarza w sensie? No też nie bardzo, bo choć praktycy dziedziny okołoporodowej wiedzę popartą wieloletnią praktyką mają z pewnością ogromną, to niestety na pytania zadane w pierwszym akapicie (zarówno z jednej, jak i drugiej grupy) nam z pewnością nie odpowiedzą. Dość oczywiste, raczej nie wymaga tłumaczenia, więc się już nie zagłębiam.

Pozostaje zwrócenie się o poradę do szeroko pojętego kręgu ludzi nam znajomych, czytaj: rodziny, przyjaciół, koleżeństwa z pracy itp. W takim wypadku, gwarantuję, odpowiedzi uzyskamy szybko i będą one bardzo konkretne. Jednak jak to w tym przysłowiu – gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania, czy jakoś tak to szło. No prawda niestety. Co gorsza, odpowiedzi na te pytania od naszych ankietowanch będą w ich oczach ZAWSZE jedynymi słusznymi prawdami, z którymi nijak nie można dyskutować. „Bo ja rodziłam tutaj i było suuuper (ok, przesadzam, poród sam w sobie nie może być raczej najlepszym życiowym doświadczeniem, ale mogło być wszystko ok), także Tobie / Twojej Lubej też na pewno będzie.” I tak każdy. A weź potem spróbuj jednemu z drugim powiedzieć, że jednak zdecydowaliście się na inną opcję? Toż to obraza majestatu! I pewnie nikt nie powie tego wprost, standard – jedyne co można usłyszeć w takiej sytuacji to komentarz w stylu: „aha”, „no jak tam sobie uważacie”, czy maksymalnie „no trudno, to Wasza decyzja”. Ale mój pajęczy zmysł podpowiada mi, że przekaz podprogowy tych wypowiedzi brzmi raczej jak: „to głupi fajfus z tą pindą bez szkoły, nie słuchają się dobrych rad ludzi z doświadczeniem (no tak, w końcu najczęściej urodzili aż jedno dziecko w jednym szpitalu i mają porównanie), to niech teraz cierpią, a ich bękart na pewno złapie żółtaczkę czy coś jeszcze gorszego – dobrze im tak!” Pewnie powiecie (napiszecie), że przesadzam, ale ta nadgorliwość w chęci niesienia „pomocy” w tej materii naprawdę jest gorsza od faszyzmu. Z resztą radykalizm związany ze sprawami ogólno-bobasowymi zawsze był, jest i będzie i na pewno jeszcze będę się do niego odnosił, i to nie raz.

My ostatecznie zdecydowaliśmy się na wydaje się dość rozsądną metodologię, a mianowicie próbę wyłowienia z odmętów opinii wszelakich tych najbardziej merytorycznych (dobra/zła opieka poporodowa, lekarze i położne znające się/nie znające się na swojej pracy, warunki socjalno-techniczne itp. itd.) i wyliczenia czegoś na kształt średniej ważonej (znowu kłania się ekonomiczne wykształcenie – w sumie czasem się przydaje…). No i padło na Szpital im. (choć w przypadku takiego patrona może bardziej stosownym określeniem byłoby pod wezwaniem) Świętej Rodziny, w Stolnicy oczywiście. I bardzo dobrze, bo faktycznie byliśmy mega zadowoleni, ale sam poród to znowu temat na oddzielny Wpis. Przy wyborze nie bez znaczenia był też fakt, że Moja Paulinka już kiedyś w tym szpitalu spędziła kilka dobrych dni z dolegliwościami innymi niż poród (metafora taka - wszak ciąża to nie choroba, jak powiadają ludzie starej daty i nie tylko, nie ustępując miejsca w komunikacji miejskiej słaniającym się na nogach ciężarówkom), nie wdając się w szczegóły, i też wszystko było bez zarzutu.

Co do pozostałych kwestii, o których wspominałem wcześniej, zdecydowaliśmy się koniec końców na opcję lowcostową, tzn. bez opłacania położnej i pokoju dla tatuśka. I znów mam wrażenie, że to był dobry wybór, choć z pewnością dopisało nam też szczęście. No bo porodów było, jak się dowiedzieliśmy później, tego dnia wyjątkowo mało – obłożenie na poziomie 50%. Także położne dyżurne miały czas, żeby wszystkich należycie obsłużyć. A jak sobie myślę, że taka opłacona pielęgniarka miałaby nad nami stać te bite kilkanaście godzin, jakie spędziliśmy na porodówce… No bez sensu zupełnie. A sypialnia dla taty też by się w naszej sytuacji szczególnie nie sprawdziła, bo raz, że szpital mieliśmy jakieś 15 minut drogi od mieszkania, a dwa, że choć widzenia (chyba raczej odwiedziny – widzenia to po sąsiedzku przy Rakowieckiej, ale mniejsza o to) były teoretycznie od 15 do 20, to można było tak naprawdę przyjechać z samego rana, także żadne z nas tej rozłąki mocno nie odczuło.

Takie są nasze doświadczenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko jest kwestią indywidualną i nie mam zamiaru nikogo pouczać, jak rzeczeni znajomi kilka akapitów w górę. Niemniej jednak może komuś dadzą one do myślenia, ewentualnie posłużą do wyliczenia średniej ważonej, jak w naszym przypadku.

Miałem jeszcze napisać o różnicach w przeżywaniu emocji związanych z ciążą, porodem i pierwszymi dniami z małym, ludzkim ziemniaczkiem u boku wśród Marsjan i Wenusjanek, ale już i tak się za bardzo rozpisałem, a poza tym jestem niewyspany jak jasna cholera, fazy Ren nie widziałem już dobre kilka tygodni i weny brak, także o tym kiedy indziej.

A na koniec jeszcze zdjęcie z ostatniego USG naszej Małej, gdzie w końcu widać było jakiś sensowny zarys twarzy. Tak, wiem, że jest okropne, ale wyobraźcie sobie, jak wyglądały te inne, gorsze... Moja nadopiekuńcza mamuśka jak jej wysłałem tę uroczą fotkę nasłała na mnie ojca, żeby zadzwonił i zapytał się, czy to oby nie jest moja powypadkowa zdjęciówka. Surrealizm sytuacji level hard. Selfie z OIOM? Czy z kostnicy może? Kafka z Mont Pytonem razem wzięci nie powstydzili by się pomysłu, ale tak to jest, jak się okularów nie nosi, a powinno.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 
Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Mło…