Przejdź do głównej zawartości

9 months to Big Bang, part 1.

Czy ktoś coś wspominał odnośnie anglojęzycznych wstawek? Że słabe? Że niby ja? No cóż, obiecuję, że następnym razem tytuł Posta będzie w naszym rodzimym, jedynym słusznym języku (no, przynajmniej się postaram...). I w ogóle, że to już nie będzie Post, tylko Wpis, choć Blogger uparcie podpowiada mi coś innego - pieprzony, zachodni malwersant. Ku chwale Ojczyzny!

No ale nie o narodowościowych klimatach, które radośnie zalewają nasz Kraj nad Wisłą, chciałem dzisiaj napisać, także do brzegu. Dziś trochę na temat, jak to się mówi w moim korpo, technikaliów. Innymi słowy bardziej pragmatyczne, mniej emocjonalne spojrzenie na okres burz i naporów w życiu każdego przyszłego taty, który prozaicznie nazywany jest ciążą. 

Jak pisałem ostatnio, odliczanie zaczęło się w momencie potwierdzenia przez Lekarza Ginekologa, że te testy ciążowe to nie ściema i że w brzuchu przyszłej Matki faktycznie kształtuje się nowe życie. Standard. Ale co było przedtem? Co nas właściwie skusiło, żeby poświęcić wygodnickie życie tej małej istotce, którą trzeba się cały czas zajmować i poświęcać jej przeważającą większość swojej uwagi? Sam się nad tym zastanawiałem dość mocno, kiedy w głowie zakiełkowała mi bardzo drażniąca myśl, jako że taki stan rzeczy był wywołany znienawidzonym przeze mnie zjawiskiem owczego pędu. Wcześniej u wielu znajomych zauważyłem podobne tendencje, ale na innych płaszczyznach. No chociażby kiedy postanowiliśmy zakupić sobie piękny, nowy, duży i błyszczący telewizorek (choć telewizorni nie oglądamy, a jak się potem okazało, w Xboxa też jakoś nie szczególnie lubimy grać - btw, może ktoś chce odkupić?), pewna zakolegowana z nami para w przeciągu chyba tygodnia kupiła sobie podobny, tylko większy oczywiście, a co! To nic, że poprzedni (tytułem wyjaśnienia dodam jeszcze, że my wcześniej takowego sprzętu nie posiadaliśmy, ale filmy na małym ekraniku laptopa to jednak nie to) był jeszcze całkiem sprawny, wcale nie najmniejszy i generalnie z całą pewnością wystarczający. My mamy, to oni też, beeeee... Podobnie rzecz się miała z mieszkaniem. Kiedy po licznych namowach zdecydowałem się wreszcie na dozgonny pakt z Bankiem i kredyt hipoteczny (zawsze byłem zwolennikiem wynajmu, bo łatwiej się przenieść, w razie co nawet z kraju wyprowadzić, generalnie większa elastyczność, ale czego się nie robi dla Drugiej Połówki :*), Deweloperzy zanotowali niewąskie prosperity, bo i kuzynka i kolega i jeszcze jedna para też się nagle na podobny krok zdecydowali.

Jak pisałem, owcą nigdy być nie chciałem i nie zamierzam, nawet za baraniną jakoś szczególnie nie przepadam, stąd obawa, czy jako zadeklarowany wilk w owczej skórze się jednak przypadkiem nie znalazłem. Otóż nie. Na szczęście. A przynajmniej tak mi się wydaje... Bo raz, że ojcostwo to brakująca cegiełka do szczęśliwego, kompletnego życia, o czym było w ostatnim Poście (tfu, Wpisie!). Ale o tym na początku jeszcze nie wiedziałem, bo niby skąd? Istotne natomiast było coś zupełnie innego, a mianowicie instynkt rodzicielski. Tak, tak, niektórzy tatusiowie, a ja na pewno, takowy też posiadają - nie tylko kobiety mają na niego monopol. I choć o nadchodzącej pasji w postaci mojej ukochanej córeczki wiedzieć jeszcze nie mogłem, to podświadomie czułem, że chcę takiego swojego malucha już mieć, że jestem gotowy i że to już ten czas. No i że pies, z całym szacunkiem i miłością, jaką go darze, nie wystarczy.

No ale miało być o technikaliach, a ja znowu odpłynąłem. Zaczęliśmy się "starać" o dziecko na początku 2017 roku. Minęło 2-3 miesiące, notabene bardzo przyjemnych starań i ja, człowiek dosłownie i w przenośni w gorącej wodzie kompany (wrócę do tematu przy okazji Wpisu o wychowaniu dzieci kiedyś i teraz) byłem już właściwie przekonany, że lata niezbyt zdrowego trybu życia, kiedy to alkohol i palenie zastępowały mi wszelaką aktywność fizyczną i w dużej mierze jedzenie, skutecznie uśmierciły moje plemniki. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że nie możemy jednak "spinać du**" i powinniśmy odciąć się od tego wszystkiego i gdzieś razem wyjechać - w końcu najwięcej dzieci jest płodzonych na wypadach właśnie (nie mam na to żadnych statystyk ani dowodów, ale przekonanie graniczące z pewnością, że tak właśnie jest). Z drugiej strony, nie było to nic szczególnego, no bo w sumie zawsze sporo podróżowaliśmy i o tym też na pewno jeszcze będę pisał, i to nie raz, bo przygód za każdym razem mamy bez liku. Tym razem padło na Litwę, a konkretniej wspaniałe Wilno i jego okolice. Majówka. Piękny czas, tylko Polaków trochę sporo, ale do przeżycia - standardowo oblegają nasi Rodacy głównie najpopularniejsze miejsca, pozwalając nam się rozkoszować ciszą i spokojem w tych równie pięknych, ale nieco mniej znanych. 

To, że picie na urlopach jest społecznie akceptowane, dozwolone, a nawet wskazane, co by się jeszcze bardziej od standardowej, poza-wakacyjnej rzeczywistości oderwać, chyba nikogo nie muszę przekonywać. Ale czy też tak macie, że z każdym miejscem wiąże się inny rodzaj trunku, jakim się tam raczycie? No np. Praga - piwo, Berlin - Jegermeister, Lwów - Morosza, Hiszpania, Włochy, Portugalnia czy tam Chorwacja - regionalne wina. Litwa nie była tak oczywista, ale nam się skojarzyła z wódeczką. Super fanami tego trunku nie jesteśmy, ale w tamtym klimacie, czy to rozrobiona i noszona po całym mieście w butelce po Coli, czy też w szotach przy okazji posiłków (bez okazji również) smakowała wybornie. I tak się raczyliśmy radośnie w błogiej nieświadomości o fakcie, że mały ludzki ziemniak już zaczął kiełkować. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero po powrocie. Od razu chciałem uspokoić rozeźlonych prawilnych rodziców, że w takiej konstelacji zdarzeń dziecku nic się stać na szczęście nie może - do pewnego momentu takie substancje jeszcze nie mają prawa dotrzeć do takiego szkraba - potwierdzone info. Także kamień z serca i dalej jedziemy z przygotowaniami do porodu pełną parą.

No w sumie z tą pełną parą to trochę przesadziłem, bo w międzyczasie zdążyliśmy jeszcze zaliczyć sporą część hiszpańskiej Kantabrii z Santanderem w roli głównej oraz przeżyć (to naprawdę dobre określenie, bo momentami myślałem, że tego nie przeżyjemy) Italian Trip, zwany też Italian Express po północnej części Włoch. Postanowiliśmy, że z tematem maluszkowej wyprawki i pokoiku ruszymy w okolicach października, bo do porodu zostanie wtedy jeszcze dobre trzy miesiące. Plan był jedyny i słuszny - większość rzeczy załatwiliśmy w jeden weekend. Tak, tak - da się. Rzeczy do pokoju, tzn. łóżeczko, komódkę z szufladkami i fotel do karmienia moja Paulinka ogarnęła po taniości w Internetach. Jakość dobra, po delikatnej renowacji dokonanej metodami chałupniczymi, mebelki wyglądały jak nowe, więc po co przepłacać? Pozostało je tylko odebrać, ale tutaj z pomocą przyszedł kumpel z dostawczakiem, pół soboty i done. Podobnie z niezbędnymi (i całą masą zbędnych, ale o tym innym razem) akcesoriami - Internet rzyga całą masą takich rzeczy, bo szybko się z nich przestaje korzystać, kiedy dziecko rośnie, a nawet się dobrze zużyć nie zdążą. Każdemu polecam taką formę zakupów, bo inna to najczęściej po prostu strata pieniędzy, a ja marnotrawstwa nie zniese. Jeszcze kilka naklejek z dinozaurami i innymi księżniczkami na ścianę, żeby był taki bardziej baby klimat i mamy to. 

Co do ciuszków, historia się powtarza. Choć tutaj było jeszcze łatwiej, gdyż od znajomych dostaliśmy tego całą masę, że do dzieciakowej szafki się ledwo pomieściły (ach tak, jedną szafkę kupiliśmy nową - niech ma!). Potem wprawdzie okazało się, że nasza kruszynka to dosłownie kruszynka i tych rzeczy na teraz już nie ma wcale tak mało, ale i z tym sobie poradziliśmy (ave second handy i sklepy z tanimi rzeczami typu różnego!). A na kolejne 2-3 lata już ubranek nam, a właściwie to naszej córze, raczej nie zabraknie. Do tego jeszcze super wózek też nam skapnął w gratisie, trzeba było tylko spacerówkę dokupić, ale tu też OLX okazał się wybawieniem. Fotelik samochodowy - też używany, tylko adaptery do wózka trzeba było dokooptować, ale te również w meandrach internetu się znalazły. A jakże - używki. A akcesorium z wyższej półki, typu Szumiś czy inna Żyrafa Sofi zawsze może nam zostać sprezentowana przez spragnionych odwiedzin przed- i po-narodzinowych znajomych i członków rodziny. Pewnie dla wielu będę brzmiał jak konkretny skąpiec, ale uwierzcie mi - jestem jego anty-definicją. Po prostu pieniądze można rozpierdzielić na wiele innych, przyjemniejszych i potrzebniejszych w życiu rzeczy, niż pieprzone kocyki za 300 zeta, które i tak koniec końców najpierw zostaną konkretnie obrzygane, a po krótkim czasie trafią do wielkiego pudła w piwnicy i popadną w zapomnienie. No nie mam racji? 

Żeby nie przedłużać, tutaj postawię kropkę, ale następnym razem do tematu ciąży jeszcze wrócę. No bo do opisania mam trochę przygód związanych z lekarzami, szpitalem i szkołą rodzenia, a z drugiej strony kilka spostrzeżeń odnośnie różnic w przeżywaniu tego okresu przez obydwoje przyszłych rodzicieli, a to już zupełnie inna para kaloszy. Także stay tuned!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 
Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Mło…