Przejdź do głównej zawartości

Posty

Baby Steps.

Jest takie sformułowanie w języku angielskim (gdybym skończył filologię, jak kiedyś planowałem, pewnie napisałbym profesjonalnie idiom, ale że anglistą nie zostałem...): Baby Steps. Oznacza, jak nie trudno się domyśleć, ni mniej, ni więcej zmierzanie do celu małymi, dziecięcymi krokami - takie trochę przeciwieństwo naszego "Rzucania na głęboką wodę". Filozofia mądra, stoicka wręcz, choć sprawdzająca się jedynie w niektórych życiowych przypadkach i u co po niektórych osób - kwestia charakteru jak mniemam. No bo a propos głębokiej wody - pływać nauczyłem się właśnie będąc rzucony na sam środek basenu, gdzie walczyłem o przetrwanie wszystkimi kończynami i Bóg wie czym jeszcze. Ale generalnie mimo wszystko bliżej mi mentalnie do tych Baby Stepsów niż Głębokich Wód.
Jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu nie samo znaczenie tytułowego przysłowia (?) jest istotne, a jego etymologia (taki trudny wyraz na rozruszanie wyjałowionych po majówce mózgownic). Myślę sobie, że zapewne nobliw…
Najnowsze posty

Kwestia perspektywy.

Na początek kilka suchych faktów. Moja Córka urodziła się naturalnie, nie ma żadnych poważniejszych wad genetycznych ani dolegliwości, rozwija się prawidłowo, jest bardzo radosna, uśmiechnięta, zwłaszcza jak się do niej mówi, ciekawa świata, szybko się uczy i nierzadko zdarza jej się przespać całą noc już w wieku trzech miesięcy. Z drugiej strony, przez nieprawidłowo ukształtowane panewki biodrowe musi nosić niewygodne rozpórki, przez co często bywa marudna, a przebieranie jej to duże wyzwanie. W dzień praktycznie nie śpi, więc trzeba się nią bardziej lub mniej zajmować; najchętniej relaksuje się "na cycuszku", więc Paulinka jest często "wyłączona", gro domowych obowiązków siłą rzeczy spada na mnie, a wyjście gdziekolwiek jest dość trudne, że o kinie czy teatrze nawet nie wspomnę, bo z butelki jeść nie chce. Wieczorami dopadają ją kolki, więc co i raz płacze nawet po kilka godzin, przez co wszelkie spotkania towarzyskie również są mocno utrudnione.
Po przeczytaniu…

Krzyżyk na drogę!

Biorę dziś na warsztat tematu trudny, kontrowersyjny i jeden z tych, których podobno nie powinno się poruszać przy rodzinnym stole, żeby nie zepsuć wszystkim nastroju i apetytu. No ale że myśli o tym kłębią mi się po głowie już od dłuższego czasu, ciśnie mnie to od środka i chce wyjść, czas dać upust pragnieniu. O czym w ogóle mowa? Ano o Kościele, moi mili parafianie. 
Jak zauważyliście, Kościół napisałem z wielkiej litery. Choć (uprzedzając nieco fakty) tekst pozytywnego wydźwięku raczej mieć nie będzie, to jednak wychowano mnie w wierze i szacunku do tej instytucji. Moi Rodzice są osobami praktykującymi religijnie - codziennie odmawiają różaniec, chodzą regularnie na msze, opłacają intencję za mnie, teraz też za Ninuszkę, za siebie rzecz jasna też - nutka egoizmu jest wszak w każdym z nas. Ja od małego byłem blisko związany z Kościołem - przez wiele lat byłem ministrantem (choć dziś ciężko w to uwierzyć, bo święty zdecydowanie nie jestem), członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Mło…

Sado-maso.

Kiedy pomysł na ten Wpis zakiełkował w mojej głowie, jego tytuł brzmiał: "Rodzicielskie sado-maso". Potem pomyślałem jednak, że pójdę za wszechobecnym trendem opierania promocji na pierwotnych instynktach (czytaj: seksie) i zastosuję taki tani "chłyt matertingowy". Także muszę zawieźć wielbicielki Greya i fanów hard-porno - nie o tym, nie o tym. Z resztą - no bez przesady...
To o co właściwie chodzi, spytacie? Ano o trudy rodzicielstwa. I w ogóle życia w całkiem nowej rzeczywistości, w której poza nami pojawiło się dziecko. Czysta, brudna prawda o gloryfikowanym stanie ducha i umysłu, jakim jest parenting, który to nota bene sami, na własne życzenie sobie zafundowaliśmy - stąd tytuł. Zanim przejdę do rzeczy, muszę zaznaczyć, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nasze "problemy" są tak naprawdę niczym z porównaniu z wyzwaniami, jakie rzucają dzieciaki co poniektórym rodzicom. Wiem też, że absolutnie nie mam powodów do narzekań, bo i nie o narzekanie…

Sagrada Famila.

Na wstępie sorry, że tak długo się nie odzywałem, ale dopadła naszą Rodzinkę przetaczająca się przez Polskę nawałnica jakiejś przebrzydłej choroby i sytuacja w domu była naprawdę krytyczna. Dodatkowo musiałem jeszcze mimo wszystko chodzić do pracy, bo korpo nie zna litości, kiedy na tapecie jest big deal. Niemniej jednak jest już nieco lepiej - przemysłowe ilości witaminy C, czosnku, Amolu i inhalacji zrobiły swoje, że o szocie bimberku z pieprzem "na rozgrzewkę" przed snem nie wspomnę. Także guess who's back?
Dzisiaj będzie o tzw. cudzie narodzin. Generalnie w cuda nie wierzę, ale jak się przekonałem na własnej skórze - w tym określeniu faktycznie jest sporo racji. Na wstępie chcę uspokoić (bądź zawieść - w zależności od preferencji), że nie będzie szczegółowych informacji o rozwarciu ani zdjęć z samego porodu w stylu Kardaszianów. Tylko czysta, brudna i krwista rzeczywistość porodówki, widziana oczami faceta, który przyłożył... rękę do tego całego ambarasu.
Godzina ze…

Budzikom śmierć.

Jak w tytule. Tak nam kiedyś zawodził "wspaniały bard polskiej piosenki popowej, bożyszcze i obiekt westchnień rodzimych nastolatek w wieku od lat 8 do 63, który jak wieść niesie, tego uwielbienia do płci przeciwnej nigdy nie odwzajemniał - Piasek." Cudzysłów nieprzypadkowy. Nie muszę chyba dodawać, że sam fanem tej radosnej twórczości nigdy nie byłem, ale tytuł tej piosnki pasuje tutaj jak ulał. BTW ciekawa rzecz, że zespół, w którym Pan Andrzej lata temu ten utwór wykonywał, zwał się Mafia, a z jej działalnością (poza terroryzowaniem swoją muzyką na MTV niewinnych, zbuntowanych, słuchających rocka chłopaków, ze mną włącznie) miał wspólnego tyle, co tytułowe „zabijanie czasu”.
I tym sposobem względnie płynnie przejdę do tematu dzisiejszego wywodu. Mogę się założyć o grubą kasę, że 99,9% społeczeństwa zmaga się dzień dnia z jednym z dwóch (bądź, o zgrozo, oboma na raz) porannych problemów. Mowa tu o budzeniu się i wstawaniu z łóżka. I od razu muszę dodać, że wbrew pozorom są …

Food Recycling.

Dobra, na razie trochę się znudziłem (i Wy pewnie też) tematami ciążowo-porodowymi, więc dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. Segregujecie śmieci? No mam nadzieję... Bo ja tak i uważam to za obywatelski obowiązek każdego człowieka, który pod kopułą ma nieco więcej niż śmietnik właśnie. Oczywiście za małolata jakoś się tym mocno nie przejmowałem, ale człowiek dojrzewa i z wiekiem zaczyna dostrzegać różne rzeczy, jak chociażby przykryte symboliczną warstwą ziemi "górki" na warszawskich Bielanach, w Parku Szczęśliwickim (tak, tak - ten super fajny stok jeszcze kilkadziesiąt lat temu był stertą odpadków!) i w wielu innych miejscach, które widziałem, ale dokładnej lokalizacji w tym momencie nie pamiętam. Te wszystkie śmieci rozkładają się przez gazyliony lat, a w międzyczasie przedostają się do gleby, stamtąd do wód gruntowych, a z nich już krótka droga do naszych żołądków (w sumie potem je przetrawiamy i wydalamy, ale za taki recycling to ja osobiście podziękuję). Dlatego odpady…